Adidasy kontra zoloft

Naukowcy z Uniwersytetu Duke’a przeprowadzili ostatnio badania porównawcze leczenia depresji metodą joggingu oraz poprzez stosowanie zoloftu, bardzo skutecznego nowoczesnego leku. Po czterech miesiącach terapii pacjenci z obu grup czuły się równie dobrze. Skuteczność zażywania leku w niczym szczególnym nie przewyższała skuteczności systematycznego uprawniania biegów. Co więcej, fakt zażywania leku jako uzupełnienie joggingu nie odniósł żadnego dodatkowego efektu, nic nie zmienił. Po upływie roku dwie grupy poddane tym odrębnym sposób terapii bardzo się zróżnicowały: w pierwszej, leczonej zoloftem, u ponad jednej trzeciej pacjentów nastąpił nawrót choroby; natomiast w drugiej, uprawiającej jogging, 92% pacjentów czuło się w dalszym ciągu bardzo dobrze. Prawdą jest, że z własnej woli zdecydowali się w dalszym ciągu ćwiczyć nawet po ukończeniu eksperymentu.

Jeszcze inne badania prowadzone na Uniwersytecie Duke’a wykazały, że nie trzeba być ani młodym, ani zdrowym, aby czerpać korzyść z ćwiczeń fizycznych. U pacjentów depresyjnych między 50, a 77. rokiem życia zwykły trzydziestominutowy „szybki marsz” , bez biegu, uprawiany trzy razy w tygodniu, po upływie czterech miesięcy wywoływał taki sam skutek jak zażywanie leku antydepresyjnego. Jedyną różnicą było to, że lekarstwo przynosiło ulgę trochę szybciej, natomiast wcale nie bardziej dogłębnie.

Regularne ćwiczenia fizyczne są pomocne nie tylko w leczeniu epizodów depresji, ale prawdopodobnie również w ich unikaniu. W grupie osób zdrowych te, które wykonywały ćwiczenia na początku eksperymentu, miały większe szanse uniknięcia epizodu depresji w ciągu kolejnych dwudziestu pięciu lat.

Ja sam również doświadczyłem tych dwóch aspektów uprawiania sportu zarówno jako terapii, jak i profilaktycznie. Kiedy przyjechałem do Ameryki, a miałem wówczas dwadzieścia dwa lata, prawie nikogo tam nie znałem. Pierwsze miesiące pobytu wypełnione były zwykłymi sprawami związanymi z urządzeniem się w obcym kraju. Poza studiami, bardzo zajmującymi, musiałem wyszukać mieszkanie, a potem je wyposażyć. Na początku było to raczej sympatyczne: wszystko zaczynać od nowa, samodzielnie, bez rodziców narzucających swoje zdanie, mówiących mi, co powinienem zrobić , a czego nie, co wypada, a co nie. Pamiętam radość, którą odczuwałem, rozkoszując się tą wolnością; zwykłą przyjemność kupowania po raz pierwszy firanek czy patelni. Ale po kilku miesiącach, kiedy już się urządziłem i wpadłem w rutynę studiów, życie moje stało się kompletnie pozbawione przyjemności. Bez rodziny, przyjaciół, otoczony obcą kulturą, w obcym środowisku, zrozumiałem, że moja dusza niepostrzeżenie emocjonalnie oziębła. Przypominam sobie szczególnie jeden wieczór, kiedy wszystko wydawało się pozbawione znaczenia i sensu;  pozostała mi jedynie muzyka klasyczna, której bez przerwy słuchałem, zamiast otworzyć książki i zająć się nauką. Wymyśliłem wtedy nawet, że jedynym sensownym zajęciem na tak zobojętniałym i pozbawionym wrażliwości świecie jest zawód dyrygenta. A ponieważ nie miałem najmniejszych szans na taką karierę zawodową, świadomość ta jeszcze bardziej pogłębiała mój pesymizm samotnego imigranta. Po kilku tygodniach takiego nastroju doszedłem do wniosku, że jeśli  nie podejmę jakichś stanowczych kroków, obleję egzaminy i wtedy dopiero będę miał jakichś stanowczych kroków, obleję egzaminy i wtedy dopiero będę miał prawdziwe powody do przygnębienia. Byłoby idiotyzmem pozostawienie w kraju całej rodziny, wszystkich przyjaciół po to, aby przyjechać do kraju całej rodziny, wszystkich przyjaciół po to, aby przyjechać do Ameryki i doznać porażki. Nie wiedziałem, od czego zacząć, ale byłem świadomy, że muszę wyjść z tego marazmu, że nie mogę bezczynnie siedzieć całymi godzinami i słuchać ciągle tych samych kaset. Przed wyjazdem z Paryża uprawiałem squasha, przywiozłem nawet rakietkę. Ona właśnie okazała się dla mnie ratunkiem.

Najpierw zapisałem się do klubu. Przez pierwsze dwa tygodnie nic się nie zmieniło, po za tym, że w moim życiu pojawiło się jakieś zajęcie, którego z przyjemnością wyczekiwałem. Wiedziałem, że przynajmniej trzy razy w tygodniu będę miał okazję zażyć dużo fizycznego wysiłku, a po nim wezmę zasłużony, długi prysznic. Oczywiście dzięki squashowi poznałem pewne grono osób, zacząłem u nich bywać i stopniowo moje kontakty towarzyskie stawały się coraz szersze. Przez długi czas nie wiedziałem, czy to ćwiczenia mi tak pomogły, czy moi nowi przyjaciele. Nie miało to jednak większego znaczenia. Postawiło mnie to na nogi i czułem się nieporównywalnie lepiej. Później jeszcze przekonałem się, że nawet w najtrudniejszych życiowych momentach, jeżeli przynajmniej co drugi dzień uprawiałem dwudziestominutowe biegi, najczęściej samotnie, łatwiej było mi uporać się z własnymi problemami, a na dodatek mogłem uniknąć męczarni depresji. I nic, czego od tamtego czasu się nauczyłem, nie zmieniło moich zapatrywań na to, co stanowi moją „pierwszą linię obrony” przed przeciwnościami losu.  

Sieci społecznościowe

Tagi