Błędy popełniane przez startupowców - część 1

Marzenia o wielu rundach finansowania, podboju globalnego rynku i genialnym pomyśle, który uda się przekuć w milionowe przychody. Dobrze, kiedy początkujący przedsiębiorcy mierzą wysoko. Ale budowa firmy, która osiągnie sukces, to także okazja do popełnienia wielu błędów. Oto kilka tych najczęściej powtarzanych przez twórców start-upów.


1. Brak determinacji
Historie założycieli firm technologicznych, które odniosły największe sukcesy finansowe, zwykle brzmią tak, jakby droga od pomysłu do milionów na koncie trwała chwilę i wiodła przez kilka genialnych decyzji. Jednak zabierając się do budowy własnego start-upu, trzeba pamiętać, że jest to często bardzo długi proces, obfitujący w liczne przeszkody i niosący niezwykle wysokie ryzyko porażki. Ostatecznie sukces odnoszą ci, którzy mimo niepowodzeń wciąż próbują na nowo.
– Angry Birds było pięćdziesiątą drugą grą Rovio Mobile, ratującą tę firmę przed bankructwem. Niestety, wiele osób zakładających firmy poddaje się już po pierwszych porażkach, nie próbuje nawet zmieniać ani ulepszać produktu lub modelu biznesowego – przyznaje Krzysztof Kowalczyk, partner w funduszu inwestycyjnym HardGamma Ventures (ma udziały m.​in. w takich start-upach jak Showroom czy Intelclinic).
Przykładów podobnych do historii tego słynnego dziś fińskiego twórcy gier mobilnych można znaleźć setki. Ponoć jedną z głównych cech wszystkich ludzi, którzy odnieśli sukces biznesowy, jest to, że nie pozwalają, by porażki odbierały im chęć oraz motywację do działania. Kto dziś pamięta pierwszą firmę Billa Gatesa Traff-O-Data czy ponad 140 przedsięwzięć Richarda Bransona z czasów poprzedzających sukces jego konglomeratu Virgin?

2. Chęć działania w pojedynkę
Zuckerberg, Pincus, Thiel czy Parker to tylko kilka nazwisk twórców start-upowych sukcesów, którzy zarobili miliardy dolarów. Tyle że ani Facebook, ani Zynga, PayPal czy Napster nie mogłyby powstać, gdyby ich twórcy uparli się, by działać w pojedynkę.
Za każdym liderem stoi grupa dobrze dobranych i zmotywowanych ludzi o konkretnych kompetencjach. Sukces każdego start-upu to zwykle połączenie pomysłów i ciężkiej pracy przywódcy, jego współpracowników oraz funduszy wspierających przedsiębiorców nie tylko finansowo, ale również swoją wiedzą i doświadczeniem.
– W Polsce poziom braku zaufania do partnerów jest wciąż ogromny. Ludzie boją się podzielić swoim pomysłem z inwestorem. A przecież my ani nie kradniemy pomysłów, ani w te pomysły nie inwestujemy. Interesują nas dopiero kompletne projekty, na których możemy zarobić. A jednym z najważniejszych testów na to, czy lider będzie w stanie poprowadzić swój start-up, jest jego umiejętność budowania zespołu – tłumaczy Bartłomiej Gola, partner w SpeedUp Group, funduszu venture capital z udziałami w polskich start-upach, takich jak Booklikes, iTraff czy Legimi.
Według Pawła Chudzińskiego, partnera w berlińskim funduszu PointNine Capital, ważne jest to, by tworzyć zróżnicowane teamy.
– Wielu start-upowców to specjaliści od nowych technologii. Są introwertyczni, nie potrafią się komunikować ani opowiadać o swoim biznesie, a to nie pomaga w sprzedaży produktu, jaki oferują. Dlatego budowanie zespołu z ludzi o uzupełniających się kompetencjach to podstawa – wyjaśnia inwestor w takich przedsięwzięciach jak np. Brainly czy Pomocni.

3. Próba tworzenia produktu idealnego
Wielu start-upowców to perfekcjoniści. Ta skądinąd pożądana cecha może jednak stać się gwoździem do trumny dla młodych przedsięwzięć. Bo projekty we wczesnej fazie rozwoju najlepiej weryfikuje rynek, podrzucając przy tym często rozwiązania, które nawet najciężej pracującym zespołom nie przyszłyby do głowy.
– Opóźnianie sprzedaży, bo produkt wciąż nie jest wystarczająco dobry, to bardzo częsty grzech start-upowców. Nie ma sensu inwestowanie dużych pieniędzy już na etapie rozwoju biznesu. Często prowadzi to do sytuacji, że środki finansowe się kończą, a firma wciąż nie zarabia. Odsuwanie pozyskiwania przychodów w nieskończoność to pułapka – podkreśla Bartłomiej Gola z funduszu SpeedUp Group i przywołuje słowa współzałożyciela Google Erica Schmidta: „Przychody rozwiązują wszystkie znane problemy".
To twierdzenie wydaje się szczególnie pasować do firm technologicznych znajdujących się we wczesnej fazie rozwoju, kiedy poszukuje się odpowiedzi na takie kluczowe pytania, jak: „czy odbiorcy podoba się nasz produkt?", „czy jest na niego popyt?", „czy uplasowaliśmy się w odpowiednim segmencie rynku?", „czy nasz model biznesowy się sprawdza?".
Dla przedsięwzięć we wczesnej fazie rozwoju wystarczający do przetestowania rynku jest tzw. minimum viable product, tj. produkt o minimalnej koniecznej funkcjonalności. Sens wprowadzenia dodatkowych funkcji weryfikują odbiorcy. Doświadczeni menedżerowie potrafią oczywiście łączyć dane płynące z rynku z instynktownym przeczuciem. Tyle że koniec końców to wynik finansowy decyduje o tym, czy start-up odniósł sukces, czy też okazał się pięknym i dopracowanym projektem, ale przemawiającym jedynie do założyciela.
Krzysztof Kowalczyk z Hard Gamma Ventures zaznacza, że szczególnie w przypadku start-upów konieczne jest albo szybkie osiągnięcie zwrotu z inwestycji, albo pokazywanie wzrostu innych niż finansowe kluczowych parametrów, jak choćby liczby użytkowników. Tylko w takim wypadku będzie można liczyć na zainteresowanie funduszy.
– Nie osiągając tego, nawet jeżeli już mamy inwestorów, nie ma co liczyć na dalsze finansowanie i wsparcie – podkreśla Krzysztof Kowalczyk.

4. Skupianie się na samym pomyśle
Na skrzynkę berlińskiego funduszu venture capital PointNine co miesiąc wpływa około 200 e-maili z nowymi pomysłami na biznes. Zaledwie 20 proc. z nich pasuje do profilu inwestora i zasługuje na to, by się nad nimi pochylić.
Mimo że większość aniołów biznesu i przedstawicieli funduszy inwestujących w projekty we wczesnej fazie rozwoju podkreśla, że interesują ich nie same pomysły, ale jedynie gotowe do wdrożenia projekty, start-upowym marzycielom wciąż wydaje się, że to genialny pomysł jest kluczem do sukcesu. Tymczasem w najlepszym wypadku stanowi on zaledwie 10 procent. Reszta to wykonanie.
Należy też pamiętać, że istnieje zasadnicza różnica między dobrym biznesem a biznesem szybko rosnącym, jakim z założenia ma być start-up. Fundusze nie inwestują w projekty charytatywnie, ale dlatego, że liczą na znaczący zwrot z inwestycji w niedalekiej przyszłości. Już na etapie pomysłu warto mieć to na względzie.
– Wiele osób zakładających firmy z branży technologicznej nazywa je start-upami, zapominając, że tego rodzaju firma z definicji musi szybko rosnąć, a na końcu drogi przynieść przede wszystkim duży zwrot finansowy. W odróżnieniu od biznesów, które przynoszą stabilne zyski założycielom i dają zatrudnienie pracownikom, ale nigdy nie zostaną sprzedane za miliony lub miliardy dolarów – mówi Krzysztof Kowalczyk z HardGamma Ventures.

5. Nieumiejętna promocja
Dobry produkt sprzeda się sam. W taką magię zdaje się wierzyć wielu start-upowców. Tymczasem promowanie swojego przedsięwzięcia najpierw wśród potencjalnych inwestorów, a następnie docieranie do końcowego odbiorcy jest niezwykle ważne. Trzeba też wiedzieć, jak to robić, by nie wyrzucać pieniędzy w błoto.
– Promocja to jeden z głównych kosztów w start-upach, ale niewiele osób potrafi wyliczyć, ile ich będzie kosztowało pozyskanie klienta. Zakładają, że jeśli wydadzą 20 tysięcy złotych na AdWordsy, reklamę w wyszukiwarce, to pozyskają tysiące klientów. A przecież na ich stronę przekliknie się najwyżej od 10 do 15 procent z nich, zarejestruje się kilkuset, na koniec okaże się, że koszt pozyskania jednego klienta to na przykład 100 złotych, a maksymalna kwota, jaką możemy na nim zarobić, jest o wiele mniejsza. To wszystko trzeba wcześniej wziąć pod uwagę – tłumaczy Tomasz Czapliński, prezes funduszu LMS Invest.
Coraz częściej internetowe przedsięwzięcia nie ograniczają się tylko do reklamy on-line, ale wychodzą również do mediów tradycyjnych. Oczywiście, niewiele start-upów znajdujących się we wczesnej fazie rozwoju dysponuje budżetem na kampanie multimedialne, ale wygląda na to, że nie należy się ich bać. Namówieni na telewizyjną kampanię przez inwestora PointNine Capital założyciele portalu znanylekarz.pl na pewno tego nie żałują. W ciągu miesiąca od pojawienia się spotów liczba wyszukiwań nazwy portalu w wyszukiwarce Google wzrosła o ponad 300 procent.

 

c.d.n.

Źródło: Katarzyna Dębek, Forbes

Sieci społecznościowe

Tagi