Bliskość w miłości o. Włodzimierz Zatorski OSB

Gdzieś głęboko w sercu człowieka istnieje pragnienie pełnego spotkania. Chciało by się dojść do pełnej jedności z drugim, do całkowitego z nim zespolenia. Ale już sama materia to uniemożliwia. Fizycznie nie można wejść w drugiego ani go w siebie przyjąć. Każda bliskość, nawet największa, pozostaje fizycznie zewnętrznością. Na to nakłada się czas, który nieubłaganie przemija i prowadzi do momentu rozstania, czy to na krótko, czy ostatecznie na długo, albo wręcz na zawsze. Pragnienie pełnego spotkania okazuje się niemożliwe do spełnienia nawet w doskonałej miłości, nie mówiąc już o chorych sytuacjach wykorzystywania drugiego, zdrady, oszustwa itd. Pozostaje ostatecznie bolesna tęsknota i  świadomość niespełnienia.

Jeszcze bardziej jednak bolesna jest niepewność wzajemności ze strony drugiej osoby. Czy mnie kocha?! Zasadniczy dramat ludzi tu na ziemi polega przede wszystkim na różnych nieporozumieniach, braku wzajemności, odmienności dążeń i wyobrażeń, niespełnieniu oczekiwań, nieuczciwości, oszustwie, zdradzie i kłamstwie w spotkaniu z drugim człowiekiem. Drugi człowiek może nas odrzucić, zlekceważyć, wyśmiać, zdradzić, a my nie możemy niczego zrobić, nie możemy temu zapobiec. Na tym polega negatywna strona wolności każdego z nas, która niestety często się realizuje w życiu i powoduje ból.

Przypomina się wypowiedź ks. Jana Twardowskiego: “Najczęściej kochamy nie osobę, ale jej miłość do nas”. Pragnienie zespolenia łatwo może ulec przemianie w chęć zagarnięcia dla siebie, co w myśl słów poety zachodzi dosyć często. Czasem trudno jest nam to rozeznać, bo w swoim mniemaniu pragniemy miłości. Jeszcze bardziej utwierdza tę tendencję uczuciowe rozumienie miłości. Gdy miłość sprowadza się do uczucia, to ono samo jest czymś, co nas satysfakcjonuje. Potrzebujemy jedynie potwierdzenia czy wręcz gwarancji, że kochana osoba jest tylko dla nas, że nas kocha i że podobnym uczuciem nie obdarza nikogo innego. Gdyby tak było, czulibyśmy się oszukani w swoim uczuciu. Nie byłoby ono bowiem jedyne, niepowtarzalne, wyłącznie nasze w najgłębszej intymności. Koncentracja na uczuciach powoduje zaborczość w odniesieniu do drugiego.

Tymczasem miłość ze swojej natury jest możliwa tylko w wolności. Wolność jest jedyną gwarancją tego, że ani ja, ani drugi nie zostaniemy zniewoleni, zdominowani. Wolność jest wpisana w samą ludzką naturę i jest największym darem. Jak mówią egzystencjaliści: “Człowiek jest skazany na wolność”. Ona powoduje, że niemożliwe są: absolutne zdominowanie przez kogoś innego, narzucenie innym swojej woli czy uczuć, a także przekazanie swojej wolności drugiemu. Wolność istnieje nawet wówczas, gdy człowiek zdaje się być całkowicie zdominowany przez coś lub kogoś. Zawsze może się obudzić i wyrwać z wszelkiej dominacji. Sumienie wzywa nas do zachowania wolności. Wolność jest warunkiem wszelkich autentycznych relacji osobowych. Nie jest nią zespolenie psychofizyczne, jakaś absolutna intymność we dwoje. Wolność nie pozwala się zamknąć na świat przez zespolenie dwojga osób. Ona stawia nas zawsze przed otwartością. Zamknąć się można jedynie rezygnując z wolności, właściwie zaprzeczając jej, uciekając od niej. Nie jest to jednak możliwe do końca i absolutnie. Wolność objawi się, czy tego chcemy, czy nie, przynajmniej w chwili śmierci i stanie się wówczas wyrzutem sumienia. Zapyta nas ono o to,  czy byliśmy sobą, czy byliśmy wolnymi podmiotami własnych czynów.

Wolność i sumienie są w sposób oczywisty powiązane. Bez sumienia, wewnętrznej instancji niesterowalnej przez nas samych, wolność byłaby pozorna, bo byłaby jedynie projekcją własnych zachcianek. Jesteśmy mistrzami samooszukiwania się. Sumienie jest jedyną instancją, która jest w stanie nam to kłamstwo uświadomić. Dotyczy to zarówno nas samych, jak i naszych relacji z innymi ludźmi. W spotkaniu dwóch osób pojawia się bardzo silna tendencja do zdominowania drugiego. Rozpoczyna się gra, która na początku jest grą o władzę. Wynika ona z omawianego wyżej lęku. Kiedy pozostajemy we dwoje w izolacji od innych, grozi nam subiektywność we dwoje, w której nie wiemy już co jest prawdą, a co naszym pragnieniem.

W filozofii dialogu, kiedy mówi się o spotkaniu “ja” i “ty”, przedstawia się je schematycznie jako trójkąt. Jego poszczególne rogi to “ja”, “ty” i “On”. Gdyby relacja zamykała się jedynie w “ja” – “ty”, to grozi jej subiektywizm i związane niebezpieczeństwo zdominowania, czy wręcz zawładnięcia, którego nie da się uniknąć. “On” zapewnia wolność w relacji. Drugi pozostaje w ten sposób dla mnie transcendentny, nieuchwytny, nie dający się zawładnąć. Jednocześnie chociaż zespolenie psycho-fizyczne jest niemożliwe, to jednak otwiera się możliwość miłości – więzi przekraczającej moją czy naszą subiektywność i tworzenie za pośrednictwem Trzeciego (On) jedności w “my”.

Ten Trzeci nie może jednak być jakimkolwiek trzecim. Nie jest On zwykłym trzecim biegunem relacji podobnym do “ja” i “ty”, który by wchodził w ten układ jako trzeci partner mający “swój” interes w tym układzie, który byłby konkurentem dla “ja” lub “ty”. Trzeci nie wchodzi w polityczny układ, komplikując całą sytuację. Tak np. powinno być w sytuacjach, gdy w kryzysie miłości małżeńskiej małżonkowie zgłaszają się do kogoś o pomoc np. do psychologa lub kapłana. Ta trzecia osoba ma za zadanie zobiektywizowanie sprawy. Jednak ten trzeci człowiek, jakkolwiek byłby znakomitym pośrednikiem zawsze będzie w jakiejś mierze osobnym biegunem posiadającym własny “interes” w całej sprawie, przez co może powstać dodatkowe zamieszanie przez relacje: “ja” – “on” i “ty” – “on”.

Trzeci powinien mieć zupełnie inny charakter, jest trzecim, czyli niezależnym, ale jednocześnie jest więzią jedności dwojga: “ja” i “ty”. Dlatego trójkąt, który się rysuje jest jedynie bardzo schematyczny i nie oddaje właściwego charakteru trzeciego. Nie jest on trzecim biegunem w pełnym sensie, ale jest “pomiędzy” “ja” i “ty”, a nawet jest “wewnątrz” wzajemnej relacji dwojga podobnie, jak sumienie jest wewnątrz każdego z nas. Odgrywa on w tej relacji rolę podobną do roli sumienie w każdym z nas. Sumienie jest od nas niezależne, ale jednocześnie stajemy się sobą wtedy, gdy przyjmujemy głos sumienia i idziemy za nim. Można powiedzieć, że w sumieniu naprawdę jesteśmy sobą. Przyjmując głos sumienia stajemy się sobą, chociaż nie jest on głosem naszym, ale głosem Boga w nas.

Otóż ten Trzeci powoduje coś podobnego we wzajemnej relacji miłości. Jest najbliższą bliskością, jest samą tą relacją i jej prawdą. Jest wzajemną miłością. Czujemy, że On do nas mówi, że jest głosem Boga w nas, czyli jest od nas niezależny, ale jednocześnie wiemy, że podobnie jak w sumieniu naprawdę nasza bliskość jest prawdziwa, gdy Go przyjmujemy. Jeżeli Go odrzucimy, tracimy właściwie siebie. Poza Nim miłość jest kulawa, w najlepszym przypadku jest mądrym uzgodnieniem wzajemnych potrzeb i zaspakajaniem ich z całą kulturą. Niemniej w istocie “ja” pozostaje samotne. “Ty” może być jedynie wiernym towarzyszem, być obok mnie. Trzeci powoduje, że wzajemna więź staje się komunią miłości, czyli takim zespoleniem, w którym wszystko moje jest twoje, a twoje jest moje i to w wymiarze egzystencjalnym. Wtedy dopiero w pełni rozumiemy prawdę, że nie możemy w pełni stać się sobą bez szczerego daru z siebie. Trzeci jest naszą wzajemną miłością i obdarowaniem. On sam jest Osobą-Darem powodującym, że “ja” mogę stać się darem dla “ciebie”, a “ty” możesz stać się darem dla “mnie”. Trzecim może być jedynie Bóg, konkretnie Duch Święty. Dzięki Bogu nasza więź może być mocniejsza niż jakakolwiek jedność naturalna, bo przekracza granice śmierci. W tym sensie “miłość mocniejsza jest niż śmierć”.

Taka relacja istnieje w Trójcy Świętej gdzie Ojciec rodzi Syna w Duchu Świętym, a Syn całkowicie oddaje się Ojcu w tymże Duchu. Duch Święty jest Ich wzajemną miłością, jest przepływem Ich miłości. Charakterystyczne jest dla Ducha Świętego, że nigdy nie mówi “Ja” w przeciwieństwie do Ojca i Syna, którzy mówią wyraźnie “Ja”. Duch nigdy nie staje się trzecim biegunem, ale jest spoiwem wzajemnej relacji.

Tajemnica naszej bliskości w istocie zawiera się w Duchu Świętym mieszkającym w nas. On jest Osobą-Miłością, Osobą-Komunią, Osobą-Prawdą, Osobą-Darem. Mówimy czasem o darach Ducha Świętego. Osobiście uważam, że Duch Święty nigdy nie daje czegoś, ale zawsze daje Siebie i w tym obdarowaniu daje nam także te dary, które z sobą niesie. Obdarowując nas sobą jednocześnie sprawia, że my możemy stać się darem dla drugiego i jesteśmy w stanie tego drugiego przyjąć jako dar. Na tym polega tajemnica bliskości pomiędzy ludźmi, umiejętność dania siebie drugiemu i przyjęcie takiego samego daru ze strony drugiego. Jest to tajemnica miłości, którą jest Duch Święty. My jedynie jesteśmy uczniami w Jego szkole. Dzięki temu, że nie ma w Nim owego “Ja”, nie ma żadnego własnego “interesu” w stosunku do mnie i do ciebie, jest On naszą wzajemną więzią. Jedynym Jego “interesem” jest nasza wzajemna miłość.

Przypominam, że w raju grzech człowieka w istocie polegał na zwątpieniu w bezinteresowność Boga. Szatan zasugerował Ewie, że Bóg ma interes w tym, by zakazać człowiekowi spożywać owoce z drzewa poznania dobra i zła, bo mógłby “się stać tak jak On znający dobro i zło” (zob. Rdz 3,5), czyli znający wszystko. Całe późniejsze objawienie jest procesem odsłaniania prawdy, że Bóg nie jest przeciwnikiem człowieka, że nie kieruje się żadnym interesem, że jest kimś, kto bezwarunkowo kocha człowieka i pragnie jego szczęścia. Finałem tego objawienia jest tajemnica Trójcy Świętej w szczególności tajemnica Ducha Świętego, który jest Osobą-Miłością, który nie ma żadnego swojego interesu. Jednocześnie jest On Duchem Prawdy, który nas doprowadza do całej prawdy, czyli do życia, które jest życiem w prawdzie. Nie do prawdy jedynie w wymiarze intelektualnym, ale do prawdy nas ogarniającej w całości życia. Dokładnie taką samą odgrywa w naszym indywidualnym życiu sumienie, które wprowadza nas w życie prawdą. Jego motorem działania jest także Duch Święty.

Zarówno dar, jak i jego przyjęcie są gestami wolności, która zabezpiecza naszą najgłębszą tożsamość. Staje się to możliwe dzięki Duchowi Świętemu. Dzięki Jego obecności miłość staje się dialogiem wolności – z jednej strony uświadamianiem sobie i pogłębianiem w sobie własnej wolności, z drugiej zaś respektowaniem wolności drugiego. Tylko dzięki temu można się wzajemnie obdarować bez gestu zawładnięcia drugim i bez utraty własnej tożsamości. Jednocześnie wzajemna relacja “ja” i “ty” staje się procesem wzrastania w “my”, które jest zakorzenieniem w Nim (“On”). Spotkanie z drugim staje się wówczas wezwaniem, by stać się wolnym. Kiedy brak owego Trzeciego (Ducha), bardzo szybko rozpoczyna się walka: albo ktoś próbuje nami zawładnąć, albo sami staramy się go sobie podporządkować.

Nasz dramat życia polega na tym, że staramy się “chodzić własnymi ścieżkami” niezależnie od głosu sumienia. W więzi z drugim człowiekiem zamykamy się jedynie do horyzontalnej relacji “ja” – “ty”, którą rządzą rozmaite namiętności, które próbujemy na różny sposób realizować. Stąd rodzą się niewłaściwe relacje z innymi ludźmi. Czasem staramy się znaleźć w kimś bezpieczne schronienie, rezygnując ze swojej wolności, o czym mówiliśmy wcześniej. Wolność natomiast wymaga czasem odwagi bycia samotnym wobec innych, wobec ich przeważającej siły.

Ostatecznie wolność, czy jej brak, bierze się z naszego zakorzenienia. Jeżeli naszą tożsamość bierzemy z horyzontalnych relacji z drugim człowiekiem – jednostką czy zbiorowością – to stajemy się uzależnieni od ich woli. Prawdziwa wolność rozpoczyna się tam, gdzie w każdym spotkaniu z drugim człowiekiem – jednostką czy zbiorowością – własną tożsamość czerpiemy ze spotkania z Bogiem w naszym sumieniu i tylko wtedy możemy mówić o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem. Aby dojść do prawdziwej bliskości z drugim, musimy wpierw odkryć tę zasadniczą prawdę bliskości, że jest ona możliwa jedynie w Duchu. Dopiero wtedy, gdy to odkryjemy możemy wybrać tę drogę budowania bliskości i stopniowo w nią wchodzić. Podobnie jest w życiu wewnętrznym: “Chciej mieć sumienie”, jest pierwszym wezwaniem, które trzeba nam podjąć.

O. Włodzimierz Zatorski OSB

Autor

 

O. Włodzimierz Zatorski OSB - mnich z Opactwa Benedyktynów w Tyńcu. Urodzony w 1953 r. Do klasztoru wstąpił po ukończeniu fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1980 r. Uroczystą profesję złożył w 1984 r., a w 1987 r. został wyświęcony na kapłana. W latach 1991–2007 dyrektor Wydawnictwa Benedyktynów TYNIEC. Był przeorem i magistrem nowicjatu. Obecnie szafarz klasztorny, opiekun oblatów i rekolekcjonista.

Dotychczas opublikował: Przebaczenie (1996), Kiedy mówimy „Ojcze nasz…” (1999), Usłyszeć słowo Boże (1999), Przewodniczka wiary (2001), Psalmy – szkoła mądrości (2004), Od bogów pogańskich do Boga żywego (2004) – wywiad z prof. Anną Świderkówną, Otworzyć serce (2005),Droga człowieka (2006), Milczeć, aby usłyszeć (2007), Pokora (2008), Kto pragnie szczęścia(2008), Tyniecka droga krzyżowa (2008), Dziesięciokrąg (2009), Rozważania liturgiczne na każdy dzień. T. 1: Adwent i okres Bożego Narodzenia (2009), T. 2a: Wielki Post (2010), T. 2b: Okres wielkanocny (2011), T. 3: Okres zwykły 1–11 (2010) , T. 4: Okres zwykły 12–23 (2010), T. 5: Okres zwykły 24–34 (2010), Acedia dziś (2010), Boże miłosierdzie (2011), Ład i pokój (2011), Osiem duchów zła (2012), Po owocach poznacie (2012), Prawda w życiu człowieka (2013),  Po obu stronach rzeki (2013),  Słowo wcielone (2014), Jesteśmy ludźmi i nie wiemy, kim jesteśmy (2015).

Wszystkie artykuły autora

Sieci społecznościowe

Tagi