Borelioza, czyli w kleszczach kleszcza

Postaw kołnierz, załóż długie buty, spryskaj się środkiem odstraszającym. Ukąszenie grozi boreliozą. A lekarze ?w Polsce nie są pewni, jak skutecznie leczyć tę chorobę.

Wystarczyło kilka ciepłych dni na początku maja, by kleszcze wyszły na żer. Wybredne nie są. Lubią i dzikie zwierzęta, i psy, i ludzi. Bez wysiłku wbijają się w skórę i wypijają krew. Przenoszą wtedy rozmaite zarazki, w tym bakterie boreliozy, na którą choruje w Polsce coraz więcej osób. Kilka lat temu stwierdzano 7 tys. przypadków rocznie, w ubiegłym roku było ich już ponad 
9 tys.

Tymczasem brakuje miejsc, w których pacjenci otrzymywaliby szybką i skuteczną pomoc. Jakby tego było mało, lekarze właśnie toczą spór o to, który z dwóch podstawowych sposobów leczenia boreliozy jest lepszy. Jedni twierdzą, że chorzy powinni zażywać antybiotyki miesiącami, a nawet latami, jeśli tylko odczuwają poprawę. Drudzy zaś przekonują, że jest sens podawać te leki tylko przez kilka tygodni, bo ten czas wystarczy, by wybić wszystkie bakterie.

Utajony wróg

Jeszcze dwie dekady temu w Polsce o boreliozie mało kto słyszał („Encyklopedia zdrowia” z 1992 roku nawet o niej nie wspomina). Od kilku lat jest jednak o niej głośno. W prasie i w internecie można przeczytać dramatyczne opowieści ludzi, którym niepozorny pajęczak przewrócił świat do góry nogami. Byli sprawni, aktywni fizycznie, a po ugryzieniu mogą poruszać się wyłącznie na wózku. Byli zdolnymi studentami, ale stracili mowę, pamięć i musieli rezygnować z dalszej nauki.

– Miałam kłopoty ze znalezieniem prostych słów czy przypomnieniem sobie hasła do konta mejlowego. Najgorsze były jednak dokuczliwe bóle stawów – raz bolało mnie kolano, raz kostka. Czasami ból był tak dokuczliwy, że nie mogłam chodzić. Lekarz przepisywał mi wtedy leki przeciwzapalne. Gdy je brałam, ból mijał, gdy przestawałam zażywać, ból powracał – opowiada Liliana Frankowska, prezes stowarzyszenia chorych na boreliozę. Nikt nie umiał jej pomóc. Dopiero gdy przypadkiem spotkała osobę, która także miała wędrujące bóle stawów, i trafiła do poleconego przez nią lekarza, rozpoznano chorobę.

Ta historia jest typowa dla chorych na boreliozę – cierpią, coraz gorzej funkcjonują, kolejni lekarze nie potrafią im pomóc i dopiero po miesiącach lub nawet latach trafiają do specjalisty. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, boreliozę nie jest łatwo zdiagnozować. Tylko u połowy zakażonych pojawia się charakterystyczny rumień wędrujący (czerwona plamka z ciemniejszym środkiem w miejscu ugryzienia, która zwiększa średnicę i z czasem blednie w środku). Pacjent bierze antybiotyk przez dwa, trzy tygodnie i zwykle jest po sprawie.

Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy rumień przeoczymy lub nie pojawi się w ogóle. Bakteria bez przeszkód wędruje wtedy po organizmie. Wywołuje nietypowe objawy, które łatwo zbagatelizować. Przypominają one zwykłą grypę – osłabienie, bóle mięśni i stawów, gorączka, złe samopoczucie, bóle głowy – i po kilku dniach znikają. Borelioza przechodzi w stadium utajone. – Wtedy przypomina późną postać gruźlicy lub kiły. Bakteria namnaża się powoli, nie wywołuje żadnych objawów przez wiele miesięcy, a nawet lat – mówi dr Paweł Grzesiowski z Instytutu Profilaktyki Zakażeń.

Aż nagle daje o sobie znać. Dochodzi do porażenia nerwów, zaburzenia czucia, zapalenia mięśni i stawów lub mięśnia sercowego czy kłopotów z pamięcią. Bakteria wnika do wnętrza komórek w różnych narządach, co może doprowadzić do rozwoju tzw. chorób autoagresyjnych, czyli takich, w których układ odpornościowy zaczyna walczyć z własnym organizmem (są to np. reumatoidalne zapalenie stawów czy niektóre zaburzenia pracy tarczycy).

Na stronie organizacji, którą kieruje Liliana Frankowska, można przeczytać opowieści osób, które miały już tego typu dolegliwości, ale wyzdrowiały. Pomogło im długotrwałe leczenie kilkoma antybiotykami. Liliana Frankowska jest przekonana, że dawną sprawność i dobre samopoczucie odzyskała dzięki takiej terapii. – Leczyłam się dwa lata. Łatwo nie było – opowiada. Co miesiąc wykonywała próby wątrobowe, które miały sprawdzić, czy antybiotyk nie uszkodził wątroby. Była na diecie przeciwgrzybiczej – nie jadła słodyczy, produktów z białej mąki i słodkich owoców. Ale przekonuje, że warto było się pomęczyć, bo dziś czuje się dobrze. – Czasem bolą mnie stawy w kciuku czy kostce, ale nie narzekam. Bolą mnie też nogi po dłuższych spacerach, ale to zapewne dlatego, że za mało ćwiczyłam przez ostatnie dwa lata – mówi Frankowska. Nie ma wątpliwości, że to jedyny skuteczny sposób leczenia boreliozy.

Ostrożnie z antybiotykami

Specjaliści z Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych mają jednak inne zdanie na temat leczenia boreliozy. Uważają, że nie ma sensu miesiącami podawać chorym antybiotyków, m.in. z grupy tetracyklin, bo powodują one więcej szkody niż pożytku. Mogą uszkadzać wątrobę, szpik kostny, nerki i sprzyjać grzybicom, ale bakterii już nie niszczą, bo ich nie ma.

– Antybiotyki mają istotną zaletę – poprawiają samopoczucie. Chorzy wpadają więc w pułapkę: skoro czują się lepiej, to dlaczego mieliby zrezygnować z terapii – tłumaczy dr Paweł Grzesiowski. Jest przekonany, że spór, jak leczyć boreliozę, będzie trwał tak długo, dopóki jakiś zespół naukowców nie przeprowadzi badań – wieloletnich, ściśle kontrolowanych porównawczych obserwacji, 
które rozstrzygnęłyby, jakie korzyści, a jakie odległe skutki uboczne dają obie metody leczenia. I odpowie na pytanie, która jest lepsza.

Właśnie takie badania pozwoliły rozwiązać problem leczenia antybiotykami miażdżycy. Przed kilkunastu laty pojawiły się doniesienia sugerujące, że miażdżycę wywołują bakterie chlamydie, które żyją w blaszce miażdżycowej, czyli strukturze, która tworzy się wewnątrz naczynia krwionośnego i stopniowo blokuje w nim przepływ krwi. – Skojarzenie było proste i oczywiste. Skoro w blaszce miażdżycowej siedzą bakterie, to można je łatwo zniszczyć antybiotykiem. Zaczęto więc podawać chorym jeden z grupy erytromycyny i zauważono niewielką poprawę. Tyle że był to efekt uboczny antybiotyku, który ma m.in. działanie przeciwzapalne. Dalsze badania wykazały, że dużo lepsze efekty daje podawanie innych leków – mówi dr Grzesiowski. Dziś nikt już nie próbuje chorym z miażdżycą podawać antybiotyku. – Nie słyszałem jednak, by ktoś choćby przygotowywał się do podobnych badań, które miałyby ocenić skuteczność wieloletniego leczenia boreliozy antybiotykami – mówi dr Grzesiowski.

Na razie lekarzom nie pozostaje zatem nic innego, jak chorego dobrze zdiagnozować – wykonać testy, które potwierdzą obecność we krwi bakterii lub przeciwciał przeciw nim skierowanych. Dr Grzesiowski przyznaje jednak, że niewiele jest ośrodków, które robią to dobrze. – Zaufanie możemy mieć do tych oddziałów zakaźnych, gdzie pracują doświadczeni lekarze chorób zakaźnych, np. w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Białymstoku i Lublinie – wymienia dr Grzesiowski. Przy tych oddziałach działają też ośrodki diagnostyczne, które mają duże doświadczenie i certyfikaty międzynarodowej kontroli laboratoryjnej dotyczące 
boreliozy.

Kup kleszczołapkę

Spór, jak leczyć boreliozę trwa, ale w jednej sprawie wszyscy są zgodni: najlepiej jest się przed nią zabezpieczyć. Nie jest to co prawda proste, bo przed boreliozą nie chroni żadna szczepionka (dostępna jest zabezpieczająca przed inną chorobą – kleszczowym zapaleniem opon mózgowych), ale można próbować unikać kontaktu z kleszczami. Trzeba tylko stosować się do kilku rad.

Przed wyjściem do lasu, parku czy na łąkę skórę posmarować repelentem, który odstrasza kleszcze, a ubranie nasączyć preparatem, który stosuje się na sierść zwierząt. Po powrocie do domu starannie obejrzeć miejsca, które szczególnie upodobały sobie pajęczaki: okolice za uszami, pod pachami, głowę, zgięcia kolan, łokci i pachwiny. Dobrze jest też wziąć prysznic, by spłukać trudno zauważalne maleńkie nimfy, czyli postać młodocianą kleszczy.

Jeśli znajdziemy na skórze pajęczaka, trzeba go jak najszybciej usunąć. Im krócej ssie krew, tym mniej patogenów wprowadzi do organizmu ukąszonego. Można próbować wyciągnąć kleszcza za pomocą pęsety lub specjalnych kleszczołapek. Trzeba tylko pamiętać, że kleszcz po wyciągnięciu nadal może zakazić i należy się z nim obchodzić bardzo ostrożnie. Nie wolno stosować domowych sposobów – smarować kleszcza tłuszczem lub kremem czy też przypalać zapalniczką. Skutecznie usunąć pajęczaka może też nowość na naszym rynku, preparat 
Tic-off, który zamraża kleszcza.

 

Źródło: nauka.newsweek.pl

 

Sieci społecznościowe

Tagi