Chęć pokonania rywali bierze górę nad potrzebą zastąpienia złej teorii ekonomicznej

Mamy wrodzoną potrzebę współzawodnictwa. Często, zamiast działać z największą korzyścią dla siebie, maksymalizować swój dobrostan, naszym celem okazuje się bycie lepszym od innych. To spostrzeżenie powinno radykalnie zmienić nasze rozumienie ekonomii.

Takie są tezy najnowszej książki George’a Coopera pt. „Money, Blood and Revolution” („Pieniądze, krew i rewolucja”).

To, że wszyscy konkurujemy, widać w codziennym życiu. Ludzie chcą nadążać za sąsiadami. Wcale nie potrzebujemy BMW, dopóki w okolicy ktoś sobie takiego nie kupi. Wówczas, dla wielu, posiadanie go staje się imperatywem.

Cooper pisze, że podobnie jest w sporcie. Wielki jamajski sprinter Usain Bolt rzadko stara się zmaksymalizować swoje rezultaty – być na mecie tak szybko, jak to możliwe. Gdy jest pewien, że wygra, nierzadko zwalnia tempo. W pracy, z kolei, często wcale nie czujemy, że zarabiamy za mało – jednak denerwuje nas, że kolega zarabia więcej.

Wszystko to jest ważne dla ekonomii. Wiąże się z koncepcją kryzysu naukowego, stworzoną przez amerykańskiego filozofa i lekarza, Thomasa Kuhna. Przykładem mogą być astronomia przed Kopernikiem czy biologia przed Darwinem.

Symptomem takiego kryzysu są zajadłe spory między ludźmi mającymi sprzeczne wizje danej dziedziny (co dziś wyraźnie widać w ekonomii) i sięganie po podważone już modele myślenia, z braku lepszej alternatywy.

5 lat temu, pośród kryzysu, zaśpiewano requiem takim ikonom ekonomii finansowej, jak teoria efektywnego rynku czy koncepcja wartości zagrożonej. Podczas krachu, teorie te okazały się katastrofalnie nieadekwatne. Jednak nadal się po nie sięga – nikt bowiem nie stworzył lepszych modeli.

Zdaniem Kuhna, kiedy nauka jest w opałach, potrzebna jest weryfikacja jednego z jej podstawowych aksjomatów. Takim aksjomatem było np. twierdzenie, że Słońce krąży wokół Ziemi. W klasycznej ekonomii jest nim przekonanie, że ludzie dążą do maksymalizacji użyteczności, zamiast konkurować z innymi.

Kwestionowanie tego założenia nie jest niczym nowym. Ekonomiści behawioralni od lat, zamiast pojęciem ekonomicznej racjonalności, posługują się rezultatami eksperymentów psychologicznych. Wynika z nich, że dla firm ważne jest osiągnięcie „satysfakcjonujących” zysków, a nie rzucanie wszystkich sił, by je zmaksymalizować.

Znaczenie tych wniosków dla finansów jest oczywiste. Menedżerowie funduszy nie pragną maksymalizacji zwrotów – chodzi im o wyprzedzenie kolegów. I za to im się płaci, do tego lgną inwestorzy. Wielkie instytucje, jak fundusze emerytalne, nie kierują się maksymalizacją wzrostu, chodzi im o satysfakcję z wyników. Dlatego nadal tworzą się bańki spekulacyjne i wciąż pojawiają się anomalie. Nikomu nie chodzi o uczciwą wartość czy równowagę.

Cooper aspiruje do bycia Kopernikiem ekonomii. Jego koncepcja zaczyna się od aksjomatu, że ludźmi kieruje instynkt rywalizacji. Próbuje też uwzględnić 2 kluczowe lekcje z doświadczenia: 1. rządy mogą i grają ważną rolę w ekonomii i powinny być elementem modeli ekonomicznych; 2. przełomy w gospodarce i wzrost towarzyszą przełomom w demokracji.

To prowadzi do teorii „cyrkulacyjnego wzrostu”, wedle której, gospodarka działa najlepiej, gdy pieniądze idą do bogatych i rządów, dzięki podatkom i zyskom, ale także wracają do ubogich poprzez transfery.

Czy to zmienia równie dużo, jak przewrót kopernikański w astronomii? Raczej nie. Lecz istnieje wyraźna potrzeba nowej teorii. Inwestorzy nadal stosują modele i założenia, które się nie sprawdzają. Dlatego wszystko, co pomaga w szukaniu nowego, jest dobre – szczególnie, jeśli czyta się tak dobrze, jak książka Coopera.

 

Na podst. Push to beat rivals overtakes need to replace bad economic theory, John Authers, The Financial Times

Sieci społecznościowe

Tagi