Chroniczna choroba amerykańskiego rynku pracy

Od 2007 r. w USA przybyło 13 mln osób w wieku produkcyjnym, ale pracujących nadal jest o 1,3 mln mniej. Najgorsze jest to, że młodzi, wkraczający na rynek pracy, którzy jej nie znajdą, będą mniej produktywni przez niemal całe swoje życie.

Przez pierwszych kilka lat po włączeniu się do siły roboczej, tzw. krzywa uczenia się jest najbardziej stroma. Przeciętny pracownik, który zaczyna karierę w wieku dwudziestu paru lat, musi się nauczyć najwięcej ale i czyni to najszybciej. Po trzydziestce krzywa spada, w miarę jak zbliżamy się do szczytu produktywności i zarobków. Jeżeli znalezienie pierwszej pracy stanowi problem, opóźnia się zdobycie odpowiednich umiejętności. Brak doświadczenia zaniża wyniki w latach, które powinny przynieść szczytowe zarobki. Dlatego problem bezrobocia młodych jest tak ważny.

Obecna stopa bezrobocia wśród osób w wieku 18-29 lat (z uwzględnieniem tych, którzy wycofali się z siły roboczej) wynosi 16%. Jeśli odjąć tych, którzy zrezygnowali z szukania pracy, jest to 11,4%: niemal 2 razy więcej niż 6,7%, czyli generalna stopa bezrobocia.

Firmy coraz mniej obchodzi obywatelstwo i miejsce zamieszkania pracowników, i zwracają się tam, gdzie mogą liczyć na największy potencjał zwrotów. Jeśli znajdą w Szanghaju albo Monachium bardziej efektywnych pracowników, niż w Seattle czy Dallas, odpowiednio zareagują. Tymczasem, amerykańscy robotnicy są wyjątkowo drodzy, lecz nie stają się bardziej produktywni.

Przedsiębiorstwa z USA nie ufają obecnemu ożywieniu i denerwuje je brak przejrzystości podatkowej i regulacyjnej ze strony Waszyngtonu. Dlatego dyrektorzy finansowi siedzą na gotówce i nie inwestują w innowacje, napędzające nowe miejsca pracy. Wydatki kapitałowe firm są dziś o 25% poniżej normy. Gdyby w ostatnich latach używały gotówki zgodnie z historycznymi standardami, na inwestycje, dające nowe miejsca pracy, przeznaczono by aż 900 mld dol.

Niepokoi też spadek liczebności siły roboczej. Nie wyjaśnia tego fakt, że coraz więcej przedstawicieli pokolenia powojennego wyżu demograficznego przechodzi na emeryturę. Wykluczani są też bardzo młodzi. Od 2007 r. wskaźnik udziału w sile roboczej wśród osób poniżej 20-tki spadł z 41% do 33%.

Wydaje się, że po 2008 r. amerykański rynek pracy nie jest w stanie zatrudniać młodych bez wyższego wykształcenia, przez co stają się oni trwale bezrobotni. Powstała cała podklasa skazanych na życie z zasiłku. Przed kryzysem tylko 30% bezrobotnych nie mogło znaleźć pracy przez więcej niż 2 tygodnie. Wielu rezygnowało z jednej posady, żeby szukać drugiej, lepszej. To była oznaka, że rynek pracy jest zdrowy. Dziś większość bezrobotnych nie może znaleźć pracy przez długi czas.

Ostateczny efekt choroby amerykańskiego rynku pracy jest taki, że coraz mniej pracujących utrzymuje rosnącą armię żyjących ze świadczeń. Rząd zabiera coraz większą część wypłat, aby finansować swe zobowiązania. Koszty pracy rosną, a produktywność nie, co zniechęca globalne korporacje do inwestowania w Ameryce. Dobry przykład, do czego może to doprowadzić, stanowi Europa, która zmaga się z malejącą siłą roboczą i strukturalnie wysokim bezrobociem.

Ameryka się europeizuje, czemu winni się skłóceni politycy. Musimy odciążyć rynek pracy, zanim będzie za późno.

 

Na podst. A Chronic Sickness Inside the US Labor Market, Larry McDonald, Forbes

Sieci społecznościowe

Tagi