Co inwestorzy robią źle

Przeciętny inwestor nie radzi sobie nawet w połowie tak dobrze, jak przeciętna inwestycja. Nie chodzi o to, że ludzie z Wall Street czy City zgarniają całą śmietankę, choć, oczywiście, coś tu jest na rzeczy. Głównie to my jesteśmy sami sobie winni: osiągamy gorsze wyniki niż rynek, bo bierzemy się za to nie tak, jak trzeba.

Naszą pierwszą tragiczną winą jest to, że za często kupujemy i sprzedajemy. W 2000 r. Brad Barber i Terrance Odean przeanalizowali wyniki 65 tys. inwestorów. Odkryli, że na początku lat 90., gdy amerykańska giełda dawała średnio 17,9% rocznie, najaktywniej handlujący inwestorzy zyskiwali tylko 11,4%. Musieli ponieść koszty większej liczby transakcji, a wcale nie poprawili swoich wyników. Przeciętni inwestorzy handlowali już mniej i tracili na tym 1,5% rocznie. Ci, którzy nie handlowali prawie wcale, otrzymali nagrodę: zwroty równe wynikom rynku.

Naszą drugą tragiczną winą jest skłonność do kupowania drogo i sprzedawania tanio. Oto, jak oszukujemy sami siebie: lokujemy 10 tys. dol. na giełdzie. Ta suma szybko się podwaja. Zachęceni sukcesem, wykładamy kolejne 20 tys. Niestety, rynek spada to pierwotnego poziomu, więc sprzedajemy połowę udziałów za 10 tys. Jednak giełda zaraz znowu idzie w górę. Po zainwestowaniu 30 tys., zostajemy z 10 tys. w gotówce i 20 tys. w akcjach. Po wzlotach i upadkach rynek zyskał 100%, ale my nie zarobiliśmy ani grosza.

Według badań Ilii Dicheva z 2007 r., zwroty przy intensywniejszym przepływie dolarów są o kilka pkt. proc. niższe, niż zwroty przy podejściu „kup i trzymaj": rynek radzi sobie lepiej, gdy mniej osób jest na nim aktywnych.

Odkrycie Dicheva ma sens w świetle badań nad psychologią inwestowania. Robert Shiller, laureat Nobla z ekonomii, stwierdził, że giełdy zazwyczaj wracają do średniej wycen z dłuższego okresu. Gdy trwa boom, przyjdzie spadek i na odwrót.

Z kolei Stefan Nagel i Ulrike Malmendier odkryli, że zwroty z giełdy w okresie, gdy kształtuje się nasza osobowość, wpływają na nasze zachowania inwestycyjne w późniejszym życiu. Silna bessa odstrasza całe pokolenie inwestorów, którzy nie korzystają z okazji do zakupów.

Wreszcie – trzecia tragiczna wina. W 1998 r. Odean wykazał, że inwestorzy mają tendencję do sprzedawania akcji, które zyskały na wartości, i trzymania tych, które przynoszą straty, co negatywnie wpływa na całkowite zwroty z ich portfela.

Wyjaśnienie wszystkich powyższych niedoskonałości nie jest trudne. Handlujemy zbyt często, bo przeceniamy naszą zdolność do oceniania najświeższych okazji. Kupujemy na szczycie, a sprzedajemy na dnie, ponieważ wpływa na nas to, co robią inni. Kurczowo trzymamy się akcji, które straciły na wartości, gdyż sprzedanie ich ze stratą byłoby przyznaniem się do porażki.

Przy takiej diagnozie łatwo znaleźć lekarstwo: dokonujcie regularnych, zautomatyzowanych inwestycji w nudne, tanie fundusze i starajcie w równie beznamiętny sposób dokonywać sprzedaży.

Niestety, do tej rady trudno jest się zastosować we współczesnym świecie. Media finansowe ciągle informują nas o tym, co rynek zrobił kilka godzin temu i jak wszyscy na to reagują. Trudno sobie wyobrazić odmianę dziennikarstwa bardziej nastawioną na promowanie zachowań stada owiec.

Jednocześnie, dłubanie przy swoim portfelu stało się łatwiejsze, niż kiedykolwiek. Dostawcom platform inwestycyjnych opłaca się zamieniać swoje serwisy w coś w rodzaju Facebooka, dzięki czemu, ciągle mogą nas zaczepiać, by zwrócić naszą uwagę.

Nasze inwestycje byłyby bezpieczniejsze, gdyby giełda bardziej przypominała staromodną skarbonkę: taką, którą można otworzyć tylko młotkiem.

 

 

Na podst. How investors get it wrong, Tim Harford, The Financial Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi