Co jesteśmy winni przyszłości

Współczesność jest przytłoczona wizją przyszłości. Mamy obsesję tego, co przed nami. Długi osobiste i publiczne narastają tak szybko, jak zobowiązania wobec przyszłych pokoleń. Zalewają nas raporty na temat rychłej katastrofy klimatycznej. Straszy się nas apokalipsą, z którą kiedyś będziemy się musieli zmierzyć. Zagrożenia dla przyszłości stają się ideologicznym narzędziem, usprawiedliwiającym obecną politykę. Decyzje w takich sprawach, jak ochrona środowiska czy kontrola urodzeń są podejmowane w imię troski o przyszłe pokolenia. Rościmy sobie pretensje, że nasza wiedza rozciąga się na przyszłość, na jej aspiracje i potrzeby. Ale jak określić interes tych, którzy jeszcze się nie narodzili i nasze zobowiązania wobec nich? Czy naprawdę potrafimy ich słyszeć? Dlaczego potrzeby teraźniejszości są mniej ważne? To prawda, że wiele dzisiejszych działań będzie miało długookresowe skutki. Ale jakie mamy poznawcze i etyczne podstawy, by przemawiać w imieniu tych, których jeszcze nie ma? Łatwo tu uwikłać się w spory ideologiczne, przekładające się na teraźniejszą politykę. Na przykład, przeciwnicy aborcji chcą regulować kobiecą seksualność w imię praw nienarodzonych. Ich argument, poddany redukcji ad absurdum, prowadzi do zakazywania wszelkiej antykoncepcji przez konserwatywnych zwolenników niektórych religii. Abstrakcyjne pojęcie możliwości reprodukcyjnych przedkładają oni ponad żyjące osoby. Takie argumenty zamieniają przyszłe generacje w marionetki, wykorzystywane w teraźniejszej grze o władzę. Projektujemy też na przyszłość nasze obawy. Przemawiając w jej imieniu, reprezentujemy ją w podwójnym sensie: czyniąc siebie jej delegatami i zarazem – robiąc z niej przedłużenie teraźniejszości. Innym wymiarem kolonizacji przyszłości jest jej idealizacja. Przyszłość zamienia się w fetysz, który uzupełnia obecne braki, skoro nie jesteśmy w stanie zmierzyć jej rzekomej doskonałości. To pozornie nowe zjawisko jest odmianą starej, metafizycznej tendencji do obniżania wartości świata istniejącego na rzecz nieziemskiego ideału – idee platońskie, duch Hegla itd. Obecny paradygmat tym różni się od poprzednich, że jest związany z bytami historycznymi, a nie bytem wiecznym. Ale ta różnica jest iluzoryczna, bo przyszłość jest odroczona na czas nieokreślony. Zawsze jest poza teraźniejszością, odporna na kontestację, tak jak chimery dawnej metafizyki. Nic prostszego, jak przywłaszczyć sobie głosy tych, którzy nie mogą mówić za siebie w teraźniejszych sporach. W kontekście kolonizacji, ludzie pozbawieni możliwości politycznej ekspresji ryzykują tym, że mogą być błędnie reprezentowani przez autorytety, mające skądinąd dobre intencje. Zwolennicy ochrony środowiska są tego przykładem, wypowiadając się w imieniu pozbawionych głosu ekosystemów i nawet poszczególnych gatunków. Zaiste, droga do przyszłości jest wybrukowana dobrymi chęciami. Zdrowa dawka epikureizmu pozwoli może w końcu zapanować nad inflacją przyszłości. Nie chodzi o poparcie dla nieodpowiedzialnych postaw. Ale zalecamy skoncentrowanie się na bytach ludzkich i nieludzkich istniejących teraz. Przyszłość nie powinna być wykorzystywana do odwracania się od teraźniejszości. Warto przyjąć większą liczbę opcji, dostępnych dla przyszłych pokoleń, tak jak to zaleca Daniel Innerarity w książce „Przyszłość i jej wrogowie" („The Future and Its Enemies"). To minimalistyczne podejście byłoby wrażliwe na przyszłość, postrzeganą jak otwarta księga, potwierdzając naszą niezdolność do osądzania jej inności. Tylko wtedy przyszłość naprawdę ma przyszłość.

 

Na podst. What Do We Owe the Future?, Patricia I. Vieira i Michael Marder, The New York Times

Sieci społecznościowe

Tagi