Co teraźniejszość winna jest przyszłości?

Nad autostradą do San Francisco jakiś prowokator zawiesił baner z napisem: „Co przyszłe pokolenia zrobiły dla nas?”. Cóż, skoro nie zrobiły nic, to czy my powinniśmy wydawać nasze ciężko zarobione pieniądze, aby zostawić im świat w lepszym stanie?

Naukowcy od dziesięcioleci próbują odgadnąć, co czeka Ziemię, jeśli wciąż będziemy zwiększać tempo emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Nadal mają poważne wątpliwości. Najgorsze scenariusze są przerażające, ale prawdopodobieństwo ich spełnienia jest nieznane. Trudno więc przewidzieć, jak zmiany klimatu wpłyną na społeczeństwa. To w dużej mierze kwestia ekonomiczna. Jak straszne będą zniszczenia, jak polityka dnia dzisiejszego może je ograniczyć i ile to będzie kosztować? Czy to dobra inwestycja, w porównaniu z innymi pomysłami na wydawanie naszych pieniędzy?

Niektórzy ekonomiści podjęli się rozwiązać ten problem. Wzięli najlepsze prognozy od fizyków i wkleili je do skomplikowanych modeli numerycznych, przewidujących, jak gospodarka będzie się rozwijać w ciągu najbliższych stuleci. Jak można sobie wyobrazić, wyniki zależą od wielu założeń, a zwłaszcza od tego, jak dziś wycenić hipotetyczne cierpienia ludzi w przyszłości. W czasopismach ekonomicznych można znaleźć argumenty za tym, by na zapobieganie zmianom klimatu nie wydawać ani grosza oraz takie, które nakazują przeznaczać na to miliardy, by uniknąć apokalipsy.

Większość ekonomistów jest gdzieś pośrodku. Ich analizy sugerują, że ponieważ zwlekaliśmy tak długo, szkody gospodarcze z powodu zmian klimatycznych będą znaczne, bez względu na to, co teraz zrobimy. Są też tacy, którzy uważają, że szkody te będą niczym, w porównaniu z silniejszymi trendami gospodarczymi, niezwiązanymi z klimatem, takimi, jak rozwój technologii i zmiany demograficzne.

Niemniej typowa analiza ekonomiczna wskazuje, że nadal warto próbować ograniczać zmiany klimatu. Innymi słowy, nie tylko możemy zmniejszyć szkody, ale i sprawić, że przyszłe korzyści z tego typu działań przewyższą obecne nakłady.

Większość ekonomistów, zajmujących się tą sprawą, zgadza się, że racjonalnym rozwiązaniem byłoby ustalenie ceny na emisje gazów cieplarnianych. Doprowadziłoby to do wzrostu cen benzyny i energii elektrycznej wytwarzanej z węgla. Na krótszą metę, zniechęciłoby do emisji. Ludzie kupowaliby samochody zużywające mniej paliwa i ocieplali domy, by uniknąć wysokich rachunków. W dłuższej perspektywie - rynek przechyliłby się w stronę bardziej ekologicznych źródeł energii. Byłoby też kilka cennych korzyści ubocznych, jak pozbycie się zanieczyszczeń z elektrowni węglowych, które dziesiątkują ludzi w chińskich miastach.

Ale jaka powinna być cena za emisję gazów cieplarnianych? Tu sprawa zaczyna się komplikować. Jeśli chcielibyśmy tylko ograniczyć widoczne gołym okiem zniszczenia, wystarczy, być może, kilka centów podatku, nałożonych np. na każdy litr benzyny. Jednak klimatolodzy ostrzegają, że jeśli przekroczymy pewien próg wzrostu średnich temperatur, sytuacja wymknie się spod kontroli i możliwe będą zmiany klimatyczne, prowadzące do globalnego kataklizmu. Nikt nie jest w stanie oszacować ceny, jaką musielibyśmy wtedy zapłacić. Ale lepiej tego nie sprawdzać i wydawać więcej na zapobieganie. Traktujmy to jak rodzaj ubezpieczenia przed najgorszym. Jesteśmy to winni nie tylko swoim dzieciom i wnukom, ale też wszystkim następnym pokoleniom.

 

Na podst. What Does Today Owe Tomorrow?, Justin Gillis, The New York Times

Sieci społecznościowe

Tagi