Czas na ekotarg

Na­de­szły złote czasy dla wiel­bi­cie­li do­brych sma­ków. Ko­rzy­sta­ją na tym rol­ni­cy i mali pro­du­cen­ci, któ­rzy po­przez targi i ba­zar­ki tra­fi­li ze swo­imi to­wa­ra­mi na stoły miesz­czu­chów

W War­sza­wie tę­sk­nią­cy za wa­rzy­wa­mi, se­ra­mi, kieł­ba­sa­mi, ja­ja­mi i mio­da­mi pro­sto z ma­łych go­spo­darstw mogą prze­bie­rać do woli. Bio­Ba­zar, Targ Saska Kępa, For­te­ca, Targ Śnia­da­nio­wy, Ko­szy­ki, Le­Targ – to tylko nie­któ­re z coraz licz­niej od­wie­dza­nych miejsc na ku­li­nar­nej mapie sto­li­cy.

Jedną z przy­czyn ich po­pu­lar­no­ści jest ro­sną­ca świa­do­mość kon­su­men­tów, któ­rzy w po­szu­ki­wa­niu praw­dzi­wych sma­ków i zdro­wej żyw­no­ści coraz czę­ściej od­rzu­ca­ją ofer­tę su­per­mar­ke­tów. A przy oka­zji nie muszą już ano­ni­mo­wo snuć się mię­dzy pół­ka­mi skle­pów, bo w pa­kie­cie otrzy­mu­ją kon­takt z żywym czło­wie­kiem.

– Więk­szość na­szych wy­staw­ców to pro­du­cen­ci, któ­rzy sami wy­twa­rza­ją sprze­da­wa­ne to­wa­ry, dzię­ki czemu mogą opo­wie­dzieć, jak po­wsta­ją oraz skąd po­cho­dzą skład­ni­ki do nich użyte. Wszyst­kie­go też można naj­pierw spró­bo­wać – opo­wia­da Zu­zan­na Gro­niow­ska, za­ło­ży­ciel­ka war­szaw­skie­go Le­Tar­gu.

Wszyst­ko za­czę­ło się od ko­ope­ra­ty­wy, do któ­rej na­le­żą­cy lu­dzie wspól­nie skła­da­li duże za­mó­wie­nia u lo­kal­nych rol­ni­ków i pro­du­cen­tów. Z cza­sem ko­ope­ra­ty­wa roz­ro­sła się do kil­ku­set osób, a Gro­niow­ska z mężem po­sta­no­wi­li stwo­rzyć ogól­no­do­stęp­ny targ. Nie jest na nim ważne po­sia­da­nie eko­lo­gicz­ne­go cer­ty­fi­ka­tu.

– Cho­dzi nam o do­star­cze­nie do miast pro­duk­tów naj­wyż­szej ja­ko­ści, ich pro­mo­cję, skra­ca­nie łań­cu­cha dys­try­bu­cji i bu­do­wa­nie więzi mię­dzy kon­su­men­ta­mi a pro­du­cen­ta­mi – wy­ja­śnia za­ło­ży­ciel­ka Le­Tar­gu.

Na od­by­wa­ją­cym się co so­bo­ta na war­szaw­skim Wi­la­no­wie Le­Tar­gu re­gu­lar­nie po­ja­wia się około 50 wy­staw­ców, a od­wie­dza go nawet kilka ty­się­cy osób. Wśród sprze­da­ją­cych po­ja­wia­ją się za­rów­no rol­ni­cy od po­ko­leń miesz­ka­ją­cy na wsi, jak i lu­dzie z do­świad­cze­niem w kor­po­ra­cjach, któ­rzy po­sta­no­wi­li uciec z mia­sta i zająć się pro­duk­cją żyw­no­ści. Do tej ostat­niej grupy na­le­żą Ho­no­ra­ta i To­masz Stru­biń­scy sprze­da­ją­cy kozie sery pod marką „Ka­szub­ska Koza”.

– Mie­li­śmy dosyć mia­sta i pracy w du­żych fir­mach. Chcie­li­śmy za­miesz­kać w miej­scu z dala od cy­wi­li­za­cji, takim, gdzie nie do­cie­ra nawet as­falt – uśmie­cha się To­masz Stru­biń­ski. Tak tra­fi­li do Ro­bacz­ko­wa, małej ka­szub­skiej wsi w Bo­rach Tu­chol­skich.

Prze­pro­wa­dza­jąc się, mieli wy­raź­ny plan: chcie­li ho­do­wać kozy i robić sery z ko­zie­go mleka. Pro­ces nauki był żmud­ny i dłu­go­trwa­ły, a wie­dzę czer­pa­li za­rów­no z ksią­żek, jak i spe­cja­li­stycz­nych szko­leń. Ko­rzy­sta­li też z do­świad­czeń in­nych se­ro­wa­rów.

– We Fran­cji takie sery robi się od setek lat, a wie­dza prze­ka­zy­wa­na jest z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. My mu­sie­li­śmy do wszyst­kie­go dojść sami – mówi Stru­biń­ski.

Kiedy trwa­ją­ce pra­wie rok przy­go­to­wa­nia do­bie­gły końca, a wy­two­ry „Ka­szub­skiej Kozy” uj­rza­ły świa­tło dzien­ne, oka­za­ło się, że gra warta była świecz­ki. Sery „Ko­zi­dy­mek” czy „Kozia Rura” szyb­ko zdo­by­ły wiele na­gród na kon­kur­sach, a także po­pu­lar­ność wśród klien­tów i uzna­nie ta­kich ku­cha­rzy, jak Karol Okra­sa, Jan Kuroń czy Grze­gorz Ła­pa­now­ski.

– Wśród nich szcze­gól­nie po­pu­lar­na stała się „Pi­ja­na Koza”, kwa­so­wo-pod­puszcz­ko­wy ser z nie­wiel­ką ple­śnią, który doj­rze­wa w opa­rach na­le­wek i ob­ło­żo­ny jest war­stwą wy­tło­czyn po na­lew­kach – za­chwa­la To­masz Stru­biń­ski.

 

Aleksander Kobyłka

Sieci społecznościowe

Tagi