Czego nie widzą głosiciele gospodarczej smuty

Nauka sprzyja innowacjom jak nigdy dotąd i to w taki sposób, że będzie nam się żyło lepiej. Ale statystyki PKB nie potrafią tego uchwycić.
Recesja zawsze wpędza ekonomistów w przygnębienie. Tak jak w latach 30., moi koledzy są przekonani, że „nadeszły ponure dni”. Wzrost, jakiego doświadczaliśmy przez większą część XX w., był chwilowy. Nasze dzieci nie mają szans na bycie bogatszymi od nas. Spowolnienie jest zjawiskiem trwałym.
Ale marudząc tak i narzekając, zapominają o jednej rzeczy: technologii. Obowiązkiem historyków gospodarki jest przypominanie, jak wyglądał świat przed 1800 r. Wzrost był wówczas niemal niezauważalny, a ogromna część społeczeństwa tak biedna, że nieudane żniwa oznaczały śmierć milionów ludzi.
Od końca XVIII w. tzw. sztuki użyteczne zaczęły poprawiać warunki życia. Było to możliwe dzięki rozwojowi nauki, która z kolei wiele zawdzięczała technologii wytwarzającej instrumenty pozwalające na badanie świata fizycznego. Weźmy barometr, wynaleziony przez Torricelliego, ucznia Galileusza. Przyrząd ten dowodził istnienia ciśnienia atmosferycznego, co później przyczyniło się do wynalezienia silnika parowego.
W ten sposób, technologia napędzała się sama: innowacja w jednej dziedzinie wspomagała rozwój w innej. Teoria, że mikroby wywołują choroby, która doprowadziła do rewolucji w medycynie, mogłaby nigdy nie powstać, gdyby nie wynaleziono lepszych mikroskopów.
W porównaniu z tym, czym dysponujemy dzisiaj, narzędzia Galileusza wyglądają jak kamienne siekiery. Mamy nieskończenie lepsze teleskopy, mikroskopy i barometry, a kodyfikacja danych przeniknęła do niemal każdej dziedziny nauki. Doprowadziło to do wynalezienia na nowo samej idei wynalazczości. Gigantyczne bazy danych, symulacje kwantowe i złożone analizy statystyczne to tylko niektóre narzędzia, jakie zyskała nauka w erze cyfrowej.
Skutki widać na każdym kroku. Podczas gdy nauka pokonuje kolejne granice i rozwiązuje problemy, o jakich nie śniło się naszym przodkom, wynalazcy, inżynierowie i przedsiębiorcy tylko czekają, aby tworzyć nowe gadżety i procesy w oparciu o odkrycia, dzięki którym nasze życie będzie stawało się coraz lepsze.
Wśród spekulacji na temat tego, jak będą wyglądały i działały nowe technologie, pierwsze skrzypce grają roboty i sztuczna inteligencja. Technologie komunikacyjne i informacyjne mają jeszcze wiele do pokazania. Jednak najbardziej zdumiewający przełom może mieć miejsce w mniej widowiskowych dziedzinach, takich jak technologie materiałowe.
Materiały stanowią jądro produkcji. Nie bez powodu mówimy o epoce brązu czy żelaza. Błyskawiczny rozwój w latach 1870-1914 opierał się na taniej i coraz lepszej stali. A to, co się dzieje dziś, przerasta wszystko, czego doświadczyliśmy w przeszłości. Nowe materiały żywiczne, ceramiczne i trwałe opracowuje się na poziomie nanotechnologicznym. To daje możliwość tworzenia substancji niespotykanych w naturze, o właściwościach idealnie dostosowanych do potrzeb.
Spójrzmy na grafen, którego cząsteczki można ułożyć tak, aby był albo najwytrzymalszym, albo najbardziej elastycznym materiałem na świecie.
Genetyka to kolejna szybko się rozwijająca dziedzina. Będziemy mogli projektować rośliny, które pomogą nam w walce z degradacją środowiska i zmianami klimatycznymi. Tzw. nanobomby staną się nową bronią w niekończącej się wojnie z mikrobami.
Przełomy dokonują się tu i teraz.
Skąd zatem marudzenia ekonomistów? Po części wynikają z tego, że moi koledzy są nauczeni patrzeć na rzeczy takie, jak PKB czy wydajność produkcji. Mierniki te stworzono na potrzeby gospodarki opartej na stali i pszenicy.
W przypadku wielu nowych dóbr i usług, projekt jest kosztowny, ale gdy już się sprawdzą, można je powielać bardzo tanio, jeśli nie za darmo. Oznacza to, że ich wkład w produkcję może być niewielki, mimo iż znacząco wpływają na dobrobyt konsumentów. Takie miary, jak PKB, nie zostały stworzone z myślą o radzeniu sobie z całkiem nowymi produktami, a tych będzie coraz więcej.
Wiele rzeczy wymyka się statystykom. Oto przykład: gdyby automatyczne samochody pozwoliły zmniejszyć o połowę czas, jakiego przeciętny Amerykanin potrzebuje na dotarcie do pracy, milionom ludzi żyłoby się lepiej, ale nijak nie przełożyłoby się to na rozliczenia przychodu krajowego.
Technologia to nie wróg; to nasza największa nadzieja.

 

Na podst. What Today's Economic Gloomsayers Are Missing, Joel Mokyr, The Wall Street Journal

Sieci społecznościowe

Tagi