Czy inwestorzy w ogóle się czegoś nauczyli?

Kiedy chciwość staje się silniejsza niż strach, pora zacząć uważać.

Miałem niedawno naprawdę przyjemny weekend, dopóki nie sięgnąłem po sobotnie wydanie The Wall Street Journal z nagłówkiem na pierwszej stronie: „Akcje zwyżkują i indywidualni inwestorzy pchają się na giełdę”.

Już tytuł artykułu brzmiał groźnie, ale to, co pod nim przeczytałem, przyprawiło mnie o palpitację serca.

Podano zwykłe statystyki: wolumen obrotów mocno poszedł w górę, marża zadłużenia w grudniu pobiła swój rekord wszechczasów itd., a wszystko to wydarzyło się po tym, jak indeks Standard & Poor’s 500 poszybował od dołka w marcu 2009 r. o 171%.

Jednak tym, co najbardziej mnie zaniepokoiło, było opisane w artykule zachowanie inwestorów.

Pewien 31 letni sprzedawca z Luizjany wykonuje ze swojego maklerskiego konta 2 transakcje na godzinę. Nie 2 w tygodniu, czy nawet 2 dziennie, tylko 2 w każdej godzinie, czyli ponad 3000 operacji rocznie. Oczywiście, zamierza rzucić pracę, by bez reszty oddać się giełdzie.

63 letnia specjalistka od IT (nie podam jej personaliów, żeby jej nie narobić wstydu), która straciła ponad połowę swoich pieniędzy, gdy pękła bańka internetowa, teraz wraca do gry i „szybko wychodzi z gotówki lub do niej wraca, starając się wyczuć, dokąd podąży rynek”.

Ludzie, o których napisano w artykule, popełniają wszystkie podręcznikowe błędy: robią skok na rynek po olbrzymich, wieloletnich wzrostach, kupują pojedyncze spółki, co jest z góry skazane na porażkę w przypadku przytłaczającej większości inwestorów i, co najgorsze ze wszystkiego - spekulują.

Aktywny trading jest katastrofą dla większości ludzi, którzy w to wchodzą. Szeroko zakrojone badania – z użyciem danych z milionów rachunków – potwierdzają, że swoje pieniądze traci na rynkach 99% (to nie literówka) aktywnych traderów.

Tak więc, w ciągu ostatnich 15 lat inwestorzy nie nauczyli się niczego, pomimo bańki internetowej, krachu na rynku nieruchomości oraz największego kryzysu finansowego i recesji od lat 30. XX w. 

Cóż, niektórzy mają to coś, ale tylko niektórzy.

Rozmawiałem z Johnem Hausermanem, planistą finansowym w Marriottsville i autorem książki „RetirementQuest: Make Better Decisions” („W drodze do emerytury: podejmuj lepsze decyzje”). Jego klientelę stanową przedstawiciele pokolenia powojennego wyżu demograficznego, zarówno ci już na emeryturze, jak i tuż przed. Hauserman zauważa, że po bańce internetowej wydawało się, że wszyscy odrobili lekcje i trzymali się z dala od spekulowania na giełdzie. Jednak, jak się okazało, wielu z nich przeniosło swą handlową energię na nieruchomości: bo przecież te, w przeciwieństwie do akcji, miały nigdy nie stracić na wartości.

Oczywiście, obecna hossa też zwróciła ich uwagę. Telefon dzwoni i Hauserman prowadzi podobne rozmowy, jak te, które miał podczas internetowego boomu. Generalnie, ludzie obawiają się, że pociąg odjedzie bez nich. Przecież S&P 500 zyskał w rok 30%... W pewnym momencie, chciwość staje się silniejsza niż strach. Czują, że przegapili kilka lat rajdu i teraz gorączkowo chcą odrobić straty.

Możliwe, że podążanie za stadem jest irracjonalnym, przyrodzonym ludziom pędem, któremu niewielu się przeciwstawia (co potwierdzają badania).

To nie musi się zdarzyć już dziś, ale prędzej, czy później, dostaną kolejną lekcję. Niestety, dla większości będzie to twarde lądowanie. Nie można jednak powiedzieć, że nikt ich nie ostrzegł.  

Sieci społecznościowe

Tagi