Czy światowe rynki energetyczne dałyby radę, gdyby było nas 11 miliardów?

Nowe badanie sugeruje, że dotychczasowe prognozy dotyczące wzrostu liczby ludności były zaniżone. W obecnym stuleciu liczba ta może podskoczyć nie do 9 mld, jak się sądzi, ale nawet do 11 mld. Jak świat sobie z tym poradzi?

Tak bardzo skupiamy się na sprawach bieżących, że łatwo umykają nam kwestie długoterminowe. Zmartwienia przyszłości zostawiamy przyszłym przywódcom. Jednak wzrost naszej populacji to chyba najbardziej fundamentalne ze wszystkich wyzwań, gdyż jego skutki są (czy też będą) wyjątkowo powszechnie odczuwane.

Prof. Adrian Rafferty z Uniwersytetu Stanu Waszyngton opublikował niedawno analizę, w której dowodzi, że z różnych przyczyn (sukcesy w walce z AIDS, problemy z popularyzacją antykoncepcji), liczba mieszkańców Ziemi w 2100 r. może być o 2 mld większa, niż dotąd uważano.

11-miliardowa populacja stwarza wiele problemów, związanych z zapasami wody, urbanizacją itp. Skupmy się jednak na kwestii energii, bo tu równowaga między presją krótko- i długoterminową już jest krucha. Branża energetyczna zmaga się obecnie ze spadkiem cen. Firmy tną inwestycje oparte na założeniu, że ropa utrzyma się na poziomie co najmniej 110 dol. za baryłkę. Gaz i węgiel też tanieją. Prędzej czy później, cykl się wypełni, ale to może trochę potrwać, ponieważ spółki i rządy będą chciały zmaksymalizować produkcję, w której już utopiły kapitał. Firmom, które są pod presją inwestorów żądających wyższych zwrotów, ciężko będzie przetrwać ten okres.

Wszystko to sprawia, że przedsiębiorstwa nie mają czasu na dalekosiężne planowanie, wybiegające 100 lat do przodu. A powinny go znaleźć, bo nowe prognozy demograficzne ujawniają bezpośrednie zagrożenie dla najpopularniejszego modelu biznesowego w branży energetycznej. Model ten zakłada, że branża będzie rozwijać coraz to kolejne najtańsze źródła dostaw. Postęp technologiczny spowoduje równomierny spadek kosztów, przez co będzie dostępne więcej złóż energii. Firmy powinny zatem spodziewać się, że będą w stanie dalej podwyższać wskaźniki odzyskiwania kapitału i docierać do trudniej dostępnych zasobów. Teoretycznie, wszelki wzrost kosztów, którego nie będzie w stanie zniwelować rozwój technologiczny, przełoży się na wzrost cen konsumpcyjnych.

Lecz nawet jeśli zyskamy dostęp do wszystkich możliwych złóż, a technologia będzie dziarsko parła naprzód, nie wierzę, by rezerwy węglowodorów były w stanie zaspokoić potrzeby 11 mld ludzi, przy zachowaniu sensownych kosztów.

Ktoś mógłby powiedzieć, że, zgodnie z logiką ekonomii, ceny energii pójdą w górę. Jednak ekonomia tu się nie sprawdza. Większa część „demograficznej nadwyżki" pojawi się w Afryce Subsaharyjskiej i najbiedniejszych rejonach Azji. Rosnące ceny energii zepchną tych ludzi z powrotem poniżej granicy ubóstwa.

Celem powinno być powstrzymanie skoku cen energii i zapewnienie jak największej liczbie ludzi dostępu do związanych z nią dobrodziejstw. W tym kontekście, perspektywa 11 mld ludzi przenosi dyskusję na zupełnie inny poziom. Żadna z obecnych technologii (ropa, elektrownie atomowe, źródła odnawialne) nie jest satysfakcjonującym rozwiązaniem.

Jedyny sposób to wynalezienie zupełnie nowej technologii, która zdołałaby zapewnić dużą i ciągłą podaż taniej energii. Nowe techniki magazynowania elektryczności byłyby pomocne, ale one też muszą być tak tanie, aby mogli sobie na nie pozwolić najbiedniejsi.

Problem wymaga międzynarodowego zaangażowania w badania na skalę, jakiej dotąd nie widzieliśmy. Potrzebujemy dużo więcej, niż zmierzająca donikąd debata na temat globalnego porozumienia w sprawie ograniczenia emisji.

 

 

Na podst. Could the world's energy markets cope with 11bn people?, Nick Butler, The Financial Times

Sieci społecznościowe

Tagi