Czy szkoły przetrwają w epoce internetu?

Rosnąca liczba uczelni online zmienia oblicze edukacji. W listopadzie Fundacja Billa i Melindy Gates zainwestowała milion dolarów w edX, największą uczelnię internetową na świecie. Założona przez Harvard i MIT, edX oferuje coraz więcej „masowych, otwartych kursów online” (MOOCs - massively open online courses), na najwyższym poziomie. Są to bezpłatne, wirtualne zajęcia na Harvardzie, MIT, Berkeley i Uniwersytecie Teksańskim.

Platforma nonprofit edX jest przyszłością edukacji online: dla każdego, zawsze i wszędzie. Ma też godnych rywali. Jednym z nich jest Udacity, darmowa platforma szkolnictwa wyższego zainicjowana przez Stanford. Kolejna to Coursera, która szczyci się blisko 2 mln osób zapisanych na kursy prowadzone przez 33 wiodące uczelnie. Są jeszcze Khan Academy, wydająca instrukcje w internecie dla dziesiątków milionów samouków i strona edukacyjna TED, która odnotowała ponad miliard odwiedzin.

Guru internetu, Clay Shirky, zapoczątkował na swoim blogu dyskusję na temat tego, czy kształcenie online zmieni tradycyjny system nauczania. Dominacja sieciowej informacji to nic nowego, mamy przecież od ponad 10 lat Wikipedię. Nowością jest to, że coraz bardziej ufnie korzystamy z internetu w bardziej podstawowych sprawach, jak edukacja, wiedza i wskazówki potrzebne do funkcjonowania w nowoczesnym świecie.

„MOOCs nie zastępuje tradycyjnej edukacji. To uwolnienie dostępu do edukacji, takie samo, jak wcześniej w przypadku mediów, gier czy zakupów. Technologia nie zastępuje starych instytucji, ona otwiera zamknięte kiedyś pakiety, udostępnia ich poszczególne części w skali i po kosztach nieporównywalnych z tym, co miało miejsce w dawnym systemie” – zauważa Shirky.

Ale, paradoksalnie, większość materiałów edukacyjnych w ramach MOOCs ma bardzo konserwatywny charakter. To są nagrane wykłady, testy online i dokumenty cyfrowe. Pisarz i teoretyk Ian Bogost pyta: „Skoro wykłady były tak złym formatem edukacyjnym w epoce przemysłowej, dlaczego nagle, w epoce informacji, po digitalizacji, stały się takie wspaniałe?”.

To dobre pytanie. Wykład cyfrowy to nadal wykład, test online to wciąż test. Ci, którzy szukają prawdziwie nowych form nauczania, w sieci ich raczej nie znajdą. Co nie oznacza, że nie próbuje się ich tam zamieszczać. Pedagodzy, jak Sugata Mitra i organizacje, jak One Laptop Per Child, eksperymentują, dając samoukom dostęp do odpowiednich, wymagających samodzielności technologii. One Laptop Per Child rozdała np. dzieciom-analfabetom z Etiopii tablety z grami edukacyjnymi. Wyniki były imponujące. Dzieci same nauczyły się czytać i pisać, a w ciągu 5 miesięcy jedna grupa zhakowała system operacyjny.

Prawdziwa rewolucja może nastąpić tylko, gdy będziemy w stanie uwolnić więcej, niż edukacja w starym stylu. Sama edukacja wymaga przedefiniowania. MOOCs to zarówno demokratyzacja kształcenia, jak i doskonała forma reklamy dla elitarnych czelni, które na pewno nie znikną i nie stracą swego znaczenia. Trudno natomiast wyobrazić sobie, że przyszłość nauczania będzie po prostu wirtualną wersją przeszłości.

Dla wielu instytucji akademickich „uwolnienie” pozostaje brzydkim słowem, oznaczającym niższe standardy, fragmentację i porzucenie cenionych aspiracji. Zmiany wymaga nie tylko technologia. Są rzeczy, których internet nie zaoferuje: grupy dyskusyjne na żywo z ich dynamiką czy doświadczanie wspólnej przestrzeni i czasu. To będzie tym bardziej cenne, im więcej programów edukacyjnych trafi do sieci.

 Na podst. Can schools survive in the age of the web?, Tom Chatfield, BBC

 

Sieci społecznościowe

Tagi