Czym jest to, co zwiecie bańką?

Pojęcie „bańki” na stałe weszło do współczesnego dyskursu ekonomicznego. Codziennie ktoś ogłasza nową bańkę, dowodzi, że nie ma żadnej, proponuje, jak bańkom zapobiegać albo narzeka, że zapobiegać jest trudno. Rzadko natomiast padają definicje bańki.

Noblista Eugene Fama jest przekonany, że bańki finansowe nie istnieją. Przed erą spółek internetowych zdołał przekonać większość akademików, zajmujących się finansami, by nie używali słowa „bańka". Oto, co niedawno powiedział Davidowi Kestenbaumowi z NPR's Planet Money, który go o to pojęcie zapytał: „Jeśli «bańkę» interpretujemy jako «mogę przewidzieć, kiedy ceny zaczną spadać», to nie, nie można tego przewidzieć".

Fama ma rację, że nikt nie może wiarygodnie przewidzieć, kiedy dokładnie ceny pójdą w dół. Ale myli się, zakładając, że to jest powszechnie przyjęta definicja „bańki". Były prezes Fed, Alan Greenspan, zna się na bańkach jak mało kto. Kiedyś stwierdził: „Zdefiniowałbym to tak: natura bańki uniemożliwia określenie, kiedy będzie korekta".

Kolega Famy, noblista Robert Shiller, uważa, że bańki są „jak choroba psychiczna" i że istnieje zespół jej objawów. Są to:

1. szybko rosnące ceny,

2. ludzie opowiadający sobie historie, które rzekomo uzasadniają puchnięcie bańki,

3. ludzie czujący zazdrość i żal, że w tym wzroście nie uczestniczą.

Następnie, Shiller podaje dodatkowy objaw: „media są w to zaangażowane, nie było baniek przed pojawieniem się mediów informacyjnych".

Wszystko to pasuje do notowań akcji Google, odkąd spółka ta weszła na giełdę prawie 10 lat temu. Charakteryzuje też rynek nieruchomości w okolicach Zatoki San Francisco w dużo dłuższym okresie. Tylko że ceny w przypadku jednego i drugiego nie spadają. Zyski Google szybko rosną, tak jak zamożność mieszkańców Zatoki. Uzasadnienia wysokich cen zaczynają brzmieć sensownie.

Wydaje się, że definicja bańki powinna zawierać dwa kluczowe elementy:

1. Możesz nie być w stanie dokładnie przewidzieć, kiedy to się stanie, ale jeśli nazywasz coś bańką, to uważasz, że kiedyś nadejdzie nagły koniec tego czegoś.

2. Stanie się tak dlatego, że uważasz, iż cena aktywów („w bańce") wzrosła znacznie powyżej ich fundamentalnej wartości.

Markus Brunnermaier, jeden z głównych naukowców z tzw. laboratorium baniek Bernankego na Uniwersytecie Princeton, właśnie tak zdefiniował bańkę w nowym słowniku ekonomicznym. Bańki są zazwyczaj związane z dramatycznym wzrostem cen aktywów, po którym następuje załamanie. Powstają, jeśli ceny danego aktywa przekroczą jego fundamentalną wartość.

Lista objawów sporządzona przez Shillera jest pomocna przy diagnozowaniu bańki, ale definicja Brunnermaiera jest o wiele lepsza, zwięzła i kompletna. Brunnermaier stwierdza też: „Taka sytuacja może wystąpić, kiedy inwestorzy trzymają jakieś aktywa, ponieważ wierzą, że mogą sprzedać je po wyższej cenie innym inwestorom, nawet jeśli cena tego aktywa przewyższa jego wartość fundamentalną".

Mamy więc definicję, z którą każdy może się zgodzić? Niestety, nie całkiem. Problemem jest określenie „wartość fundamentalna".

Fundamenty to zbiór zmiennych, które, naszym zdaniem, powinny uzasadniać ceny aktywów. W przypadku akcji, obligacji itp., istnieje tylko jeden powszechnie akceptowany model ustalania cen aktywów, który w 1930 r. sformułował ekonomista Irving Fisher: „Każda rzecz, lub prawo własności tej rzeczy, warta jest tyle, ile jest w stanie przynieść dochodu w przyszłości. Ów przyszły dochód jest zawarty w aktualnej wycenie owej rzeczy".

Szacunki przyszłych dochodów są bardzo, bardzo niepewne. Wybór odpowiedniej stopy dyskontowej (tego, w jakim stopniu przyszłe dochody są już uwzględnione w aktualnej cenie danego aktywa) jest bardziej sztuką, niż nauką. Fisher skompromitował się, oświadczając w 1929 r., że nie ma bańki na cenach akcji, że notowania osiągnęły jedynie pewien stały, wysoki poziom. Ale jego definicja nadal jest aktualna.

Może więc powinniśmy zmienić drugą część definicji Brunnermaiera i sformułować ją tak: „Bańki powstają wtedy, kiedy cena znacznie przekracza wartość fundamentalną danego aktywa i dochodzi do poziomu, przy którym przestaje być prawdopodobne, że przyszłe dochody uzasadnią taką cenę". Brzmi trochę niezgrabnie i, oczywiście, słowo „prawdopodobny" pozostawia pole do indywidualnych osądów. Ale mamy tu uwzględnienie idei, że nie każdy wzrost wskaźnika cena/zysk powinniśmy nazywać „bańką".

 

 

Na podst. What's That You're Calling a Bubble?, Justin Fox, Harvard Business Review

 

Sieci społecznościowe

Tagi