Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się.

Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się.

Może jest jeszcze za wcześnie na ocenę

Najgorszy felieton, jaki napisałam w życiu, stał się jednym z moich najlepszych tekstów dzięki pewnej nauczycielce. Jo Anne Hollis została kiedyś ogłoszona Najlepszym Nauczycielem Roku w szkole zawodowej w miasteczku, w którym dorastałam. Kochała uczyć gospodarstwa domowego uczniów z trudnościami w przyswajaniu wiedzy oraz tych z licznymi niepełnosprawnościami. Widziała w nich obietnicę, której nikt inny nie dostrzegał. Po mistrzowsku umiała sprawić, że ludzie czuli się ważni. Kiedy robiłam z nią wywiad, Jo Anne umierała na raka. Było kilka dni przed Wielkanocą, a artykuł miał się ukazać w Niedzielę Wielkanocną. Następnego dnia po spotkaniu z Jo Anne napisałam czwartkowy felieton, który okazał się jednym z najgorszych moich tekstów. Usiłowałam być zabawna, ale mi nie wyszło. Wena mnie opuściła i nie potrafiłam wykrzesać z siebie nic sensownego. W felietonie wyjaśniałam, dlaczego Wielkanoc to najobrzydliwsze święta w roku. Oto fragment tekstu, zatytułowanego: „Wielkanocne smakołyki, przez które dostaniesz kręćka”:Kolorowy zawrót głowy. Nawet wielkanocny zając ma mdłości. Każdy producent myśli, że konsumenci wybierają słodycze na podstawie ich koloru: im jaskrawsze, tym lepiej. Wciąż króluje krzykliwy odcień różu, ale ostry fiolet depcze mu po piętach. I dlaczego wszystko musi być w kształcie jajka? Kto o tym zadecydował? Na pewno nie zając wielkanocny. Jedyne dobre jajka to jajka po diabelsku. Niebieskie landrynkowe jajka? Istnieją od zawsze, ale które dziecko chciałoby zjeść cokolwiek w takim kolorze? I jaki rodzic by mu na to pozwolił? Nadal najlepiej sprzedają się czekoladowe zające, ale spróbujcie znaleźć takiego, który nie smakuje jak eksponat z muzeum figur woskowych. Jeśli myślicie, że ja jedna mam tego dosyć, poczekajcie tylko do niedzieli. Nie zdziwcie się, jeśli zając wielkanocny zostawi przy waszym koszyczku małą brązową pamiątkę. I nie mam na myśli rodzynek w czekoladzie. Koledzy z redakcji przewracali oczami, czytając mój felieton. Usłyszałam, jak jeden z nich stwierdził, że chyba pisałam go resztkami sił. Kilkoro czytelników zadzwoniło z krytyką. Było mi wstyd. Napisałam najlepszy artykuł, na jaki było mnie stać tamtego dnia, ale te negatywne opinie uruchomiły mój wewnętrzny magnetofon, który zawsze odtwarza to samo nagranie: „Do diabła, co jest z tobą nie tak? Czy ty nic nie potrafisz zrobić dobrze?”. W dni, kiedy oceniam siebie gorzej niż ktokolwiek inny, nadal słyszę w głowie wściekły głos mojego taty. Przestał mnie dręczyć dopiero po rozmowie z mężem Jo Anne w pierwszy dzień świąt, po ukazaniu się mojego tekstu o niej. Napisałam w nim, dlaczego kadra szkoły Maplewood Joint Vocational School w moim rodzinnym miasteczku, Ravennie, przyznała jej nagrodę Najlepszego Nauczyciela Roku. Jo Anne miała czterdzieści cztery lata i umierała na raka macicy. W ciągu zaledwie pięciu miesięcy choroba zajęła okrężnicę, wątrobę, płuca, kręgosłup i mózg. Ale równie trudno jak z wiadomością o przerzutach, było Jo Anne pogodzić się z tym, że już nie wróci do pracy. Nie przyszła więcej do szkoły, ale wciąż miała do przekazania coś ważnego ze szpitalnego łóżka ustawionego w domu. Pierwsze, czego się od niej nauczyłam, to patrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i mówić mu po imieniu. Od chwili, w której jej orzechowe oczy pochwyciły moje spojrzenie, nie przestawały się we mnie wpatrywać. Kiedy przeprowadzałam z nią wywiad, była przykuta do łóżka. Łysą głowę miała owiniętą piękną jedwabną chustą. Gestem wskazała, bym podeszła bliżej, chciała patrzeć mi w oczy podczas rozmowy. Biło od niej ciepło, jakiego nie poczułam od nikogo nigdy wcześniej ani później. Tak, jakby jej całe ciało emitowało światło, którego się nie widzi, tylko czuje. To było jak zetknięcie z czystą miłością i łaską. Im bliżej podchodziłam, tym mniej zauważałam – że wypadły jej włosy, że ma niemal przezroczystą skórę. Powiedziała mi, że nauczyciele przyjeżdżali pełnymi autobusami pod jej dom i stali w ogródku z transparentami: „Świetna robota, Jo”, „Nauczycielka światowej klasy” oraz „Nauczyciele zmieniają życie”. Wszyscy po kolei przechodzili przez trawnik pod okno sypialni, żeby jej podziękować. Jo Anne mówiła o swojej pracy w czasie teraźniejszym, chociaż wiedziała, że nigdy do niej nie wróci. Każde zdanie kończył atak kaszlu. Opowiedziała mi, dlaczego kocha uczyć niepełnosprawne dzieci. – Kiedy wchodzą do klasy, wbijają oczy w podłogę – wyjaśniła. – Nie mają poczucia własnej wartości. Nie mają pojęcia, że każde z nich jest dobrym człowiekiem. Ludzie je upokarzają. Ludzie próbują je ukryć. Unikają ich. Czuję ogromną satysfakcję, patrząc, jak ich wzrok odrywa się od podłogi i napotyka moje spojrzenie, bo wtedy wiem, że te dzieci sobie poradzą. Jej zadaniem było znaleźć uczniom pracę w sektorze usług. – Umiejętności zawodowe mogą zdobyć wszędzie, jeśli tylko ludzie okażą im cierpliwość – powiedziała. – Trochę trudniej zdobyć umiejętności życiowe. Kiedy Jo zabierała uczniów furgonetką na obiad, zatrzymywała się przy ulubionej restauracji każdego dziecka i pozwalała wszystkim dokonać własnego wyboru. W Zjednoczonym Kościele Chrystusa, gdzie prowadziła szkółkę niedzielną, założyła koło opieki, którego członkowie odwiedzali chorych, wysyłali kartki z życzeniami i wozili potrzebujących do szpitala. Jako drużynowa skautek dużą wagę przywiązywała do zabawy. Jej skautki nie zawsze śpią pod gołym niebem na wyjazdach. – Raz w roku nocujemy w Sheratonie – zwierzyła mi się szeptem, jak dziecko, które zdradza swój sekret. – Skoro dziewczyny właśnie tam chcą wydać pieniądze zarobione na sprzedaży ciastek, to ja nie mam nic przeciwko. Po prostu lubię się dobrze bawić. Jeśli coś będzie dla nich świetną zabawą, zapamiętają to do końca życia, niezależnie od tego, czy chodzi o lekcje w szkole, obowiązki domowe, czy pomoc w kościele. Martwiła się, że musi porzucić swoją najważniejszą pracę – macierzyństwo. Chciała żyć na tyle długo, żeby zobaczyć, jak jej syn Tony, który miał szesnaście lat, zdobywa tytuł Eagle Scout, a jej córka Dawn, wtedy czternastolatka, przystępuje do sakramentu bierzmowania. Wiedziała, że nie dożyje chwili, kiedy skończą studia, wezmą śluby i będą mieli dzieci. Chciała, żeby zapamiętali, jak mocno ich kochała. Chciała, żeby wiedzieli, że budząc się każdego dnia, mogą rozkoszować się jego pięknem i wspaniałością. Jo Anne uwielbiała świt. – Jest piękny. Patrzysz na wschód słońca i wiesz, że to łaska Boga – powiedziała słabnącym głosem. Chciała, żeby jej dzieci i uczniowie kierowali się w życiu tą samą maksymą co ona. Życiowe motto znalazła w Liście do Efezjan, swojej ulubionej księdze Biblii, : „…abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokora i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości (…) teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości!”. Jej światło zgasło w Wielką Sobotę. Jo Anne Hollis zmarła o świcie, w swoją ulubioną porę dnia. Kiedy dowiedziałam się o śmierci Jo Anne, zadzwoniłam do jej męża, Billa. – Pamiętasz ten swój felieton o wielkanocnych słodyczach? – zapytał. Przygotowałam się na krytykę. „O nie”, pomyślałam. „Czyżby ją zdenerwował? Czy był aż tak kiepski?” Powiedział mi, że usiadł obok łóżka Jo Anne i przeczytał go jej na głos. – Zaśmiewała się bez końca – powiedział. – Tego samego popołudnia zapadła w śpiączkę. Już się z niej nie obudziła. Chciałbym ci podziękować za ten felieton… Wtedy ostatni raz wspólnie się śmialiśmy. To był prezent od Jo Anne dla mnie. Świadomość, że nawet w najgorszej formie mogę coś komuś ofiarować. Świadomość, że nawet kiepski tekst może kogoś poruszyć. Myślę o Jo Anne Hollis za każdym razem, kiedy zbyt ostro osądzam siebie albo innych. Skąd mamy znać prawdziwą wartość naszej pracy? To nie nasza rzecz, oceniać wartość tego, co oferujemy światu – my mamy to po prostu oferować. Być może nigdy nie poznasz rzeczywistej wartości swoich wysiłków. A może jest jeszcze po prostu za wcześnie, żeby ją ocenić.

Sieci społecznościowe

Tagi