Dlaczego nawet dobra aplikacja inwestycyjna to zły wybór?

Prawie 70% użytkowników aplikacji finansowych uważa, że dają im one „przewagę konkurencyjną”. Martwię się, że możliwość zawierania transakcji na poczekaniu utwierdza ich tylko w przekonaniu, iż takie handlowanie to świetna sprawa.
Fidelity Investments zleciła badanie, które potwierdza moje obawy. Oto niektóre wyniki:
69% tych, którzy handlują przy pomocy aplikacji mobilnych, twierdzi, że daje im to przewagę nad inwestorami, którzy tego nie robią.
Ponad połowa respondentów wykonuje wyrafinowane operacje przy pomocy swych aplikacji, od analizy technicznej, przez badania fundamentów po rentgen raportów analityków i, oczywiście, handluje.
Ponad połowa zrealizowała swą pierwszą „mobilną" transakcję w ostatnich 12 miesiącach. W Fidelity handel tego typu zwiększył się w minionym roku o ponad 40%, a badanie pokazało, iż więcej niż 1/3 mobilnych traderów podejmuje swe decyzje na poczekaniu, korzystając z możliwości inwestycyjnych pojawiających się na ekranie, gdziekolwiek by się akurat nie znajdowali.
Przyznam, że jeśli używa się aplikacji prawidłowo, zwraca ona naszą uwagę na różne spółki, które można zbadać i daje dobrej jakości wskazówki, jest to pomocne.
Ale już nie pomaga, jeśli prowadzi do nieprzemyślanych transakcji, a tak to zdaje się przeważnie wyglądać.
Zobaczmy, gdzie mogą być kłopoty.
Ci, którzy zintensyfikowali handel poprzez aplikacje, mają problem z „konkurencyjnością". „Konkurencja" to dla nich użytkownicy, którzy z aplikacji tyle nie korzystają.
Zgoda, aplikacje wysyłają przydatne sygnały, pozwalające wiedzieć, kiedy papiery wartościowe zbliżają się do celu albo niebezpiecznych miejsc, czyli chronią aktywnych inwestorów przed rynkowymi niespodziankami i ulepszają planowanie.
Lecz nie zgadzam się, że konkurencją częstego użytkownika jest przeciętny inwestor „kup i trzymaj" czy facet, który gra w Candy Crush, zamiast sprawdzać swoje akcyjne konto.
Przeciwnikiem jest gość po drugiej stronie transakcji.
Jeśli aplikacja służy do poprawy szybkości, prawdziwym wrogiem są „flash boys", giełdowi dżokeje wyszukujący z prędkością światła groszowe okazje, które składają im się w ogromne sumy pieniędzy.
Żeby zdobyć przewagę, nie korzystają z mobilnej aplikacji.
Nawet jeśli uważasz, że twoje oprogramowanie ci pomaga, dodatkowy zwrot, wyrażony w dolarach, może być mizerniutki. Jednocześnie, wykonujesz te manewry na autostradzie, tuż przed chłopakami w podrasowanych walcach drogowych, których nie obchodzi, kogo rozjadą.
„Gdy czuję nieprzepartą chęć, by pohandlować, zadaję sobie pytanie, kto jest tym idiotą po drugiej stronie transakcji" – mówi Meir Statman, profesor na Uniwersytecie Santa Clara, który bada finanse behawioralne. „Jeśli pomyślę, że ten idiota ma nazwisko, i że brzmi ono jak Goldman Sachs, to prawdopodobnie odechce mi się handlować pod wpływem chwilowego pragnienia".
Jest jeszcze kwestia tego, jak dobrze użytkownicy mierzą swoje wyniki.
Menedżerowie funduszy inwestycyjnych mają notoryczne problemy z pokonywaniem rynku. Ale gdyby mogli raportować swe wyniki jak chcą, wielu by powiedziało, że zmiażdżyli swój benchmark.
Po prostu, widzieliby te „osiągnięcia" przez swój zniekształcony obiektyw.
Co więcej, z badania wynika, że użytkownicy mylą korelację ze związkiem przyczynowym. Myślą, że więcej czasu z aplikacją generuje więcej zysków.
„W przypadku większości długoterminowych, indywidualnych inwestorów, sprawdzanie co dzień czy co godzina swego portfela to pomyłka. Zbyt częste zaglądanie czyni ich wrażliwymi na krótkoterminowe ruchy na rynku" - mówi Terry Odean, profesor finansów na Berkeley.
Wypatrzył on też w danych z Fidelity, że 65% respondentów korzysta z aplikacji w sypialni, a 49% w samochodzie: „Szaleństwem jest handlować podczas jazdy. I czy ludzie nie mogą wymyślić nic lepszego, co można by robić w sypialni?".

 

Na podst. Why even a good investing app is a bad choice, Chuck Jaffe, MarketWatch

 

Sieci społecznościowe

Tagi