Do ostatniego uderzenia serca

Lekarze wiedzą, że chory umiera, ale gdy rodzina błaga, by go ratować, ratują. To nie eutanazja jest problemem, tylko uporczywa terapia, która przynosi dodatkowe cierpienia – twierdzi dr Wojciech Suseł, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii.

Newsweek: – Powiedział pan kiedyś rodzinie pacjenta, że dalsze leczenie nie ma sensu?

Dr Wojciech Suseł: – Tak, praktycznie nie ma tygodnia, bym nie musiał informować krewnych, że niestety wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości leczenia.
A pamięta pan ten pierwszy raz?
– To było ładnych parę lat temu, pracowałem wtedy w pogotowiu ratunkowym. Starszy kolega wydał mi polecenie wyjazdu do chorego z zatrzymaniem krążenia. Kiedy weszliśmy do mieszkania, okazało się, że ma rozsianą chorobę nowotworową. Krewni wiedzieli, że rokowania są fatalne.
To dlaczego wezwali pogotowie?
– Bo nie wytrzymali olbrzymiego napięcia związanego z opieką nad odchodzącym bliskim. To normalna reakcja. Nawet jeśli ludzie wiedzą, że walka o życie chorego jest już przegrana, to gdy dochodzi do zatrzymania krążenia albo innych perturbacji zdrowotnych, nie są na to przygotowani. Więc chwytają za telefon i dzwonią na pogotowie. A gdy przyjeżdżamy, żądają, by natychmiast przewieźć chorego do szpitala. Wtedy też tak było, na szczęście udało mi się ich przekonać, że to nie ma sensu. Pacjent zmarł spokojnie w domu. A można sobie wyobrazić, co by było, gdyby jednak trafił do szpitala.

Co?

– Dołożylibyśmy mu tylko cierpień. Bo pewnie trafiłby pod respirator, być może odzyskałby przytomność i byłby absolutnie świadomy swego ciężkiego stanu. A potem de facto umierałby po raz drugi. Nie wolno nikogo na to narażać. Ale niestety ciągle się jeszcze zdarza, że młodsi lekarze podejmują akcję resuscytacyjną u pacjentów w ostatnim stadium nowotworu. Tego nie wolno robić, to uwłacza godności chorych. Miałem kiedyś taką sytuację: kolega z ośrodka zdrowia wezwał mnie do rzekomo banalnego przypadku, a okazało się, że pacjent ma poważny krwotok, jest praktycznie w agonii. Zacząłem resuscytację, ale wypytywałem rodzinę, co się stało. Powiedzieli, że ich krewny ma raka żołądka z przerzutami do płuc. Przestałem go ratować.
Łatwo jest przekonać krewnych, że dalsza reanimacja nie ma już sensu?
– Jeśli lekarze ich wcześniej do tego nie przygotowali, to nie słuchają żadnych tłumaczeń. Bezwzględnie żądają, by „zrobić wszystko, co się tylko da”, leczyć do ostatniego uderzenia serca, no i koniecznie przewieźć do szpitala. Bywało, że spełniałem ich żądanie, zabierałem chorego na izbę przyjęć czy oddział ratunkowy, a on tam umierał.
Dlaczego ulegał pan takim żądaniom?
– Bo wychodziłem z założenia, że to nie jest czas ani miejsce na wykłady medyczne. Z czasów pracy w pogotowiu pamiętam pacjentkę tak straszliwie wyniszczoną przez nowotwór, że nie była nawet w stanie mówić. Opiekowali się nią dwaj synowie, którzy co kilka dni wysyłali ją do szpitala, mimo że prosiliśmy ich, by tego nie robili. A oni odpowiadali: „Pan ordynator kazał ją przywieźć na kroplówkę”. I byli przy tym dość agresywni. Więc transportowaliśmy tę kobietę do szpitala i to było straszne, miałem wrażenie, że uczestniczę w zbiorowych torturach.
A ja mam wrażenie, że to dla pana bardzo ważny temat.
– Bolesny. Boli mnie, kiedy za wszelką cenę ratuje się pacjentów, dla których wyczerpały się już możliwości terapeutyczne. I wszyscy o tym wiedzą, zarówno lekarze, jak i krewni. Uważam, że w takiej sytuacji dalsza uporczywa terapia jest nieetyczna. Nieetycznie zachowuje się rodzina, bo wymusza na lekarzach leczenie, ale przede wszystkim nieetyczni są lekarze, bo ulegając tym żądaniom, skazują chorego na dodatkowe cierpienia.
Dlaczego ulegają?
– Najczęściej z powodu braku odpowiednich standardów postępowania. Wprawdzie Kodeks Etyki Lekarskiej wskazuje, że prowadzenie uporczywej terapii jest nieetyczne, ale już nasze ustawodawstwo nie jest w tej sprawie jednoznaczne. Zresztą samo pojęcie uporczywej terapii jest nieostre. Bo jak rozpoznać, czy to już jest koniec naszych medycznych możliwości, czy jeszcze nie? I skąd wiadomo, kiedy jest ten nieuchwytny moment, w którym należy zakończyć leczenie?
No właśnie, kiedy?
– Myślę, że wtedy, kiedy stosujemy każdą terapię, jaka jest przewidziana dla danej jednostki chorobowej i cały czas ponosimy klęskę – pacjenta nie udaje się wyleczyć, a wręcz przeciwnie, jego stan ciągle się pogarsza. Czujemy, że jest nie do odratowania i to zaczyna się potwierdzać w badaniach laboratoryjnych, bo chory ma niewydolność wielonarządową. Ale to nigdy nie jest łatwa decyzja. Dlatego nie dziwię się lekarzom, że starają się walczyć do końca. Choćby dlatego, że nie chcą się narażać na odwiedziny prokuratury. Ordynatorzy z kolei nie chcą się tłumaczyć z zaniechania uporczywej terapii przed dyrekcją szpitala. Proszę sobie wyobrazić, że rodziny składają jedną, później dziesiątą i setną skargę na postępowanie lekarzy. Który ordynator by to wytrzymał?

 

 Źródło: Newsweek

Sieci społecznościowe

Tagi