Ekonomiści nie są tacy, jak ty, czy ja

Robert Shiller, noblista, w swoim artykule z 1997 r. stwierdził, że ekonomistów inflacja martwi dużo mniej, niż resztę społeczeństwa. Przypomniało mi się to, ponieważ dostałem ostatnio kolejnego e-maila z artykułem naukowym, traktującym o korzyściach z inflacji, w kontekście obniżania bezrobocia.

 Otóż Guillermo Calvo z Uniwersytetu Columbia, wraz z dwoma innymi badaczami, odkrył, że w przypadku gospodarek wschodzących, „znaczne skoki inflacji zdają się pomagać w przywracaniu bezrobocia do poziomu sprzed kryzysu”. Naukowcy odnotowali jednak, że zwiększeniu zatrudnienia towarzyszył spadek płac. 

Z kolei gospodarki rozwinięte uniknęły wzrostu inflacji i obniżki płac, ale za to miały problem z ograniczeniem bezrobocia. A zatem, wybór wydaje się dość ponury: mniej miejsc pracy albo niższe zarobki. Jednak badacze wskazują na trzecie rozwiązanie. Ich zdaniem, kraje powinny skupić się na tym, aby ułatwiać zaciąganie pożyczek: „Wygląda na to, że tylko bezpośrednia polityka kredytowa, która wpłynie na źródło problemu, może jednocześnie oddziaływać na bezrobocie i na płace”.

W październiku pisałem o tym, że wielu ekonomistów podziela opinię profesora Calvo, iż wyższa inflacja może stanowić dobrą kurację. Czytelnicy zareagowali oburzeniem: większa inflacja byłaby, ich zdaniem, nie tylko szkodliwa, lecz także niemoralna.

Artykuł Shillera z 1997 r. pozwala zrozumieć tę rozbieżność między ekonomistami, a właściwie wszystkimi innymi. Ludzie są zwykle przekonani, że wzrost cen ujemnie wpłynie na ich standard życia, ponieważ spodziewają się, że płace za tym nie nadążą. Z kolei ekonomiści uważają, że zjawisko to w krótkim terminie jest pożądane, a w długim nie stanowi problemu. Ich zdaniem, bezrobocie rośnie po kryzysie właśnie dlatego, że płace spadają powoli. Wyższa inflacja po cichu obniża realną wartość wynagrodzeń, co sprawia, że firmom opłaca się zatrudniać więcej pracowników. To przekłada się na zwiększenie produkcji i konsumpcji, a z czasem – także na wzrost zarobków. 

Jednak największe znaczenie mają opinie tych ekonomistów, którzy stoją na czele Rezerwy Federalnej i to do nich zaadresowali swoje ostrzeżenie Shiller oraz George Akerlof w książce „Animal Spirits” z 2009 r.:

 

„Bardzo się boimy, że w przyszłości w Radzie Rezerwy Federalnej zasiądą ideolodzy, którzy będą traktować teorię stóp naturalnych jako coś więcej, niż tylko użyteczną przypowieść, i uznają za swój obowiązek definiowanie stabilności cenowej jako zerowej inflacji, której wprowadzenie nie będzie im się wydawało zbyt kosztowne. Wystarczy zaledwie garść wyznawców tej teorii (która jest tylko częściowo prawdziwa), aby wywołać «Wielki Spadek Stanów Zjednoczonych»”. 

O profesorze Akerlofie, również nobliście, ostatnio słyszy się więcej w związku z tym, że jest mężem Janet Yellen, którą prezydent Obama mianował następczynią Bena Bernankego na stanowisku głowy Fed. Szczególnie uderza to, że Akerlof i Shiller w swojej książce zachęcali władze Rezerwy Federalnej do tego, aby nie ustępowały wobec presji osób, które za bardzo obawiają się inflacji, a za mało boją się bezrobocia. 

Nietrudno się domyślić, jakie rady będzie słyszała przyszła szefowa banku centralnego przy obiedzie. 

 

Na podst. Economists Are Different From You and Me, Binyamin Appelbaum, The New York Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi