Epidemia raka tarczycy?

Weźmy Koreę Południową, gdzie w ostatnich 2 dekadach 5 razy wzrosła liczba przypadków raka tarczycy. Ewenement na skalę światową.

Uczono nas, by wyjaśnień dla takich skoków szukać w biologii. Jakiś nowy czynnik zakaźny, zmiana środowiskowa?... Ale w Korei widzimy coś innego: epidemię diagnozy.

W 1999 r. rząd rozpoczął tam narodowy program badań przesiewowych, celem redukcji nowotworów i innych powszechnie występujących chorób. Badań przesiewowych raka tarczycy w nim nie uwzględniono, lecz tu wystarczy proste USG szyi. Szpitale mają ultrasonografy, podobnie jak wielu lekarzy w swych gabinetach. Wszyscy oni promowali przesiewowe badania tarczycy jako niedrogi dodatek do programu rządowego. To było łatwo sprzedać, tym bardziej, że rząd, środowiska medyczne, media i „uratowani chorzy” zachwalali zalety wczesnego wykrywania raka.

W ten sposób, objawiła się wada wczesnego wykrywania: to, co było rzadkim nowotworem, jest obecnie tym najczęstszym.

Skąd ten rak? Zawsze był. Już w 1947 r. patolodzy stwierdzili, że nowotwór tarczycy, choć bardzo rzadko był przyczyna zgonu, często był wykrywany podczas autopsji. Badania pokazują, że ma go ponad 1/3 dorosłych. Praktycznie zawsze są to przypadki małego „raka brodawkowatego”, który najczęściej nigdy nie będzie zauważony za życia danej osoby.

Chyba że uda się ona na przesiewowe USG. Prawie wszystkie nowo rozpoznane przypadki raka tarczycy w Korei to nowotwory brodawkowate.

Epidemia diagnozy nie służy niczyjemu zdrowiu. Niepotrzebnie zużywa się siły i zasoby, a ludzi się niepotrzebnie straszy. Lecz najgorsze jest to, że w ślad za nią idzie epidemia leczenia.

Większości pacjentów z diagnozą tego nowotworu usuwa się tarczycę. Jest ona jednak ważnym gruczołem: produkuje hormony, które regulują przemianę materii. Bez niej, pacjenci mogą potrzebować przez całe życie terapii zastępczej. Lekarzom znalezienie terapii odpowiedniej dla danej osoby może zająć trochę czasu. Pacjenci wtedy cierpią z powodu efektów za małej lub za dużej ilości hormonu tarczycy w organizmie, w tym wskutek huśtawek związanych z energią i wagą.

Operacja prowadzi też do innych, mniej typowych powikłań. W Korei Pd. i USA ok. 10% pacjentów ma problemy z metabolizmem wapnia, a jakieś 2% doświadcza paraliżu strun głosowych. I, jak w przypadku każdego zabiegu, istnieje ryzyko groźnych dla życia skrzepów krwi w płucach, zawału serca i udaru mózgu. Jeden na tysiąc pacjentów, operowanych na raka tarczycy, umiera.

Czy u nas też możliwa jest taka epidemia? Oczywiście. Nawet bez wspólnego promowania badań przesiewowych, od 1975 r. częstość występowania raka tarczycy w USA wzrosła aż trzykrotnie. Aby odwrócić tę tendencję, należy aktywnie zniechęcać do jego wczesnego wykrywania.

Wartość wczesnego diagnozowania jest tak zakorzeniona i tak atrakcyjna, że wielu zakłada, iż badania przesiewowe to tylko i wyłącznie dobro. Lecz doświadczenie Koreańczyków pokazuje, że czasem jest i ujemna strona: nadrozpoznawalność i uporczywe leczenie. Najwięcej tego typu problemów jest w przypadku nowotworów tarczycy i prostaty, ale także płuc, piersi, skóry i nerek. I jeszcze jest cały ten niepokój towarzyszący badaniom przesiewowym.

Oczywiście, badania te mają sens w przypadku osób z grupy wysokiego ryzyka, gdzie w rodzinie były liczne zgony na raka, albo ludzi w średnim wieku, gotowych ponieść konsekwencje, w imię przyszłych korzyści.

 

Na podst. An Epidemic of Thyroid Cancer?, H. Gilbert Welch, The New York Times

Zdjęcie: © Depositphotos.com/Bork

Sieci społecznościowe

Tagi