Gdy zachorujesz, nie zaopiekuje się tobą twoja praca, tylko twoi przyjaciele. Dbaj o nich!

Czterdzieste urodziny mają w sobie coś takiego, że obchodzi się je wśród czarnych balonów, a na kartkach z życzeniami widnieją realistycznie oddane łysiny, pomarszczone twarze, obwisłe piersi i sterczące brzuchy. Czterdziestka funkcjonuje w naszej świadomości jako przystanek w połowie drogi między życiem a śmiercią, czyli początek końca życia, jakie znamy.

Mając to na uwadze, nie wiedziałam, co podarować na czterdzieste urodziny mojemu partnerowi. Bruce zachowywał się tak, jakby kończył co najmniej sześćdziesiąt lat: stawiał pytania o wartość dotychczasowego życia, podsumowywał największe osiągnięcia, oceniał swoje dokonania jako ojciec, biznesmen, obywatel.

Ja myślałam tylko o tym, ilu przyjaciół zgromadził przez tych czterdzieści lat. To wydawało mi się lepszym kryterium oceny niż dochody czy status społeczny. Wciąż stawała mi przed oczami scena z filmu To wspaniałe życie. Jego bohater, George Bailey, który nigdy nie uważał się za człowieka sukcesu, mógł sprawdzić, jak wyglądałby świat bez niego.

Morał brzmiał: nikt, kto ma przyjaciół, nie jest nieudacznikiem.

Chciałam, żeby mój mąż pomyślał o swoich przyjaciołach, a nie o tym, że licznik bije, a on nie przejechał jeszcze tak wielu dróg. Dlatego poprosiłam czterdzieści osób, by napisały do Bruce’a list, w którym opowiedzą mu, jak wpłynął na ich życie. Jak ich zmienił, ukształtował, poruszył? Mieli przysłać te listy do mnie, żebym mogła je wszystkie opakować i wręczyć Bruce’owi jako prezent. Na początku cały projekt wydawał mi się prosty: wystarczy zadzwonić do czterdziestu osób, z których każda napisze po jednym liście. Ale okazało się, że niełatwo jest przelać uczucia na papier.

Ludzie boją się nimi upaćkać. Wszyscy to przeżywali. Kilka osób zadzwoniło do innych z pytaniem: „O czym piszesz?”, jakby mogli ściągnąć od nich pomysły. To było trudne zadanie, bo ukazywało prawdę zarówno o nadawcy, jak i odbiorcy. Część osób wybrnęła żartami o czterdziestce, inni wykorzystując poczucie humoru wyrażali swoją sympatię. Ale większość opisała w listach to, co tak trudno powiedzieć komuś osobiście, że często nigdy tego nie robimy.

Im bliżej było do urodzin, tym więcej nadchodziło listów. Dwa przyszły FedExem, sześć faksem, a jeden pocztą elektroniczną. Pewien przyjaciel Bruce’a podyktował mi swój list przez telefon. Powiedział, że nie potrafi wyrażać uczuć na piśmie, więc pozostawia to mnie. Okleiłam kartonowe pudło stronami wyrwanymi z magazynu „Life” z 1954 roku i włożyłam listy do środka.

Kiedy nadszedł ten wielki dzień, poszliśmy na kolację i do kina, a potem z garstką przyjaciół zjedliśmy deser. Po wszystkim jubilat był zadowolony z udanych urodzin. Wtedy wręczyłam mu to pudło.

Bruce przeglądał listy z niepewną miną, więc wyjaśniłam, skąd się wzięły. Był oszołomiony. Czytał adresy zwrotne na kopertach, ale żadnej nie otworzył od razu. Kiedy to zrobił, i z niego, i z listów wylały się emocje. Z oczu popłynęły mu łzy radości i wzruszenia. W sumie czterdzieści osób przeprowadziło na nim operację na otwartym sercu. Trafili do jego wnętrza dawno nieużywanymi drogami. Przypomnieli mu przeszłość, czasy mrocznych plakatów, długich włosów, podróżowania autostopem i koncertów rockowych, których szczegółów nikt nie pamiętał, bo wszyscy byli na haju. Dziękowali mu za nocne rozmowy przez telefon, porady tuż przed spotkaniami w sprawie pracy, długie dyskusje o tym, jak poradzić sobie z rozwodem.

Matka jednego z najbliższych przyjaciół Bruce’a napisała piękny wiersz. Jedna z jego przyjaciółek sama zaprojektowała kartkę urodzinową. Któryś z przyjaciół zapisał życzenia na partyturze. Bruce planuje kiedyś przekazać te listy swoim synom, żeby zobaczyli, o co chodziło w jego życiu. Nie tylko o pieniądze, które zarobił, firmy, które prowadził, kobiety, które kochał. Najważniejsze były przyjaźnie, które nawiązał i utrzymał.

– Większość ludzi nigdy nie dowiaduje się, co myślą o nich inni – powiedział, ocierając łzy. – Takie rzeczy mówi się dopiero na pogrzebie.

Właśnie dlatego opowiadam o tym prezencie. Zbyt często nie zdajemy sobie sprawy, ile znaczymy dla innych, aż jest za późno. Zbyt często nie wiemy, co zrobić dla innych, aż jest za późno. Kiedy dowiedziałam się o moim raku, najpierw zaczęłam się martwić, ile opuszczę dni w pracy i meczów siatkówki, i że nie dotrzymam tych wszystkich terminów, które zaznaczyłam w kalendarzu. Pielęgniarka, która usiłowała wcisnąć w mój harmonogram pierwszą chemioterapię, pokręciła głową i orzekła: „Musi pani określić priorytety”.

Miała rację.

Praca zeszła na dalszy plan. Ale na pierwszym nie znalazł się rak, tylko moi przyjaciele. To oni zajęli najważniejsze miejsce w moim życiu. Sheryl urządziła dla mnie imprezę na inaugurację chemioterapii. Przyjaciele przynieśli kolczyki, chusty i kapelusze. Beth przytknęła do warg maleńkie kolczyki w kształcie organków, które dostałam od Sheryl, i „zagrała” dla mnie Bluesa na chemię. Judy przyszła mi umyć głowę. Inni przyjaciele podarowali mi stosy filmów do obejrzenia, kapcie i piżamę. Nie zliczyłam, ilu przysłało mi kartki, jedzenie i inspirujące książki. Praca?

W jakiś niewyjaśniony sposób gazeta ukazywała się nawet w te dni, kiedy byłam zbyt słaba, by pisać. Ten świat nie zawalił się beze mnie. Ale bez przyjaciół, mój zawaliłby się na pewno. Mój przyjaciel Marty zawsze powtarza, że jeśli masz przyjaciół i zdrowie, to nic więcej ci nie potrzeba. Rak nauczył mnie, że jeśli przyjaciele są wysoko na twojej liście priorytetów, to nawet gdy stracisz zdrowie, i tak zachowasz to, co liczy się najbardziej.

 

Źródło: Brett Regina, God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours,Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi