Inwestorzy sami odpowiadają za znalezienie dobrego menedżera

Vanguard jest w natarciu. Pionier indeksowania ma coraz więcej klientów, kosztem aktywnych menedżerów, ponieważ do oporu obniża opłaty.

Oferuje lepsze wyniki, niż większość aktywnie zarządzanych funduszy, pobierając przy tym tylko 0,19%, podczas gdy średnia w branży to 1,08%.

To może tłumaczyć, dlaczego przyciąga tyle pieniędzy. W pierwszej połowie roku do amerykańskich funduszy Vanguard napłynęły 64 mld dol., a do europejskich – 3 mld dol.

Aktywnym menedżerom trudno pokonać rynek, gdy odliczy się opłaty, na których powiększanie mają wiele pomysłowych sztuczek. W swoim ostatnim kompendium wiedzy inwestycyjnej, firma Sarasin and Partners opisała 8 różnych sposobów pobierania opłat od klientów, w tym np. od takich, jak organizacje charytatywne.

Na liście znalazły się: opłata za zarządzanie inwestycjami, za wyniki, za VAT, prowizja, opłata wewnętrzna, opłata za inwestowanie w fundusze zarządzane przez stronę trzecią, prowizja maklerska i część oprocentowania gotówki w depozycie.

Mówiąc krótko, niektórzy aktywni menedżerowie to mistrzowie w wyłudzaniu opłat, ale z pokonywaniem rynku już sobie tak nie radzą.

Nic dziwnego, że ciułacze często krytykują aktywnych menedżerów i doradców, którzy ewidentnie niewiele wnoszą do tzw. łańcucha wartości.

„Jedyne, co klient wie na pewno, kiedy kupuje fundusz, to to, jaką od niego pobiorą opłatę” – zauważa Jeff Molitor, dyrektor inwestycyjny europejskiego oddziału Vanguard.

Trudno powiedzieć, co czyha za rogiem, czy przewidzieć przyszłość, dlatego znalezienie dobrego, aktywnego menedżera to takie wyzwanie. Skądinąd, nawet Molitor, który pracuje w Vanguard od 27 lat i jest jednym z największych zwolenników pasywnego inwestowania, przyznaje, że tacy ludzie istnieją.

I tu dochodzimy do sedna problemu: to ciułacze są odpowiedzialni za to, żeby wyszukać dla siebie tych dobrych menedżerów. Narzekanie na wysokie opłaty nic nie da.

To trochę jak z kupowaniem jedzenia. Ci, którzy są gotowi wydać trochę więcej, mogą iść do Almy, podczas gdy ci, którzy szukają przecen lub wyjątkowych okazji, zajrzą raczej do Biedronki. Oczywiście, nie jest to doskonała analogia, ponieważ w przypadku funduszy, porównywanie produktów nie jest tak łatwe, a tzw. supermarkety inwestycyjne czy inwestycyjne platformy internetowe same mają skomplikowaną strukturą opłat.

Tak czy owak, wybór należy do klienta. Nikt nie zmusza inwestorów do korzystania z usług drogich, aktywnych menedżerów, których wyniki są niewspółmierne do opłat. Dla wielu Vanguard może stanowić dobre rozwiązanie, ponieważ gwarantuje zwroty zgodne z sytuacją na rynku, po korzystnej cenie. Jednak zupełna rezygnacja z aktywnych menedżerów niekoniecznie jest godna polecenia.

Jeśli chodzi o akcje, dobrymi wynikami mogą się pochwalić Nick Train, TerrySmith i Neil Woodford. Fundusz akcji globalnych Traina pobiera tylko 0,45%. Woodford bierze 0,75%, a Smith 0,9%, 1% i 1,5%, w zależności od klasy akcji.

Wszystkich trzech łączy jedno: prawdziwie długoterminowe podejście. Często trzymają udziały przez lata i inwestują tylko w spółki, do których są zdecydowanie przekonani.

Rzecz jasna, to, że w przeszłości udawało im się pokonywać rynek, nie znaczy, że powtórzą ten wyczyn w przyszłości. Ale być może warto na nich postawić, zwłaszcza że rynek zdaje się zbliżać do szczytu, a wygaszanie przez Fed poluzowania ilościowego wyzwala niepewność.

 

Na podst. The onus is on investors to shop around for a good manager, David Oakley, The Financial Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi