Jak wzniecić twórczą iskrę

Skąd się bierze to natchnienie, że w pewnym momencie mówimy „acha, a więc to tak!”? Czy ktoś albo jakaś instytucja mogą sprawić, że w danej dziedzinie takie twórcze przebłyski będą się powtarzały? Jako że Europa i USA szukają sposobów na zwiększenie produktywności, pytanie to staje się coraz ważniejsze.

Choć politycy i szefowie uwielbiają mówić o wartości innowacji, odpowiedź na to, co wywołuje przebłyski twórczego geniuszu, nadal nie jest jasna. Czy najłatwiej je uzyskać, szkoląc specjalistów? Czy firmy powinny mieszać się do tego, co ludzie robią? A może wcale nie powinny się wtrącać, mając po prostu nadzieję na przypadkowe odkrycie?

Opinie są różne. Przed laty, kardiochirurg Delos Cosgrove wpadł na nowatorski pomysł zastąpienia sztywnego pierścienia, modelującego zastawkę serca po operacji, urządzeniem naśladującym elastyczny tamborek do haftowania, aby zastawka mogła poruszać się wraz z tkanką. Cosgrove przypisuje swoje twórcze przebłyski dwóm rzeczom. Po pierwsze, jako dyslektyk, zawsze czuł się zmuszony do kreatywnej improwizacji. Po drugie, będąc specjalistą takim, jak kardiochirurg, trzeba się ciągle mierzyć z nowymi sytuacjami i zderzać z nowymi pomysłami, jak choćby zastosowanie XIX-wiecznego tamborka.

Cosgrove gorąco wierzy w wartość podróży do „innych światów”. Nie tylko tych komputerowych, lecz również realnych – czy to chodzi o konferencje, wyjazdy służbowe, czy wakacje: „Wiele z moich pomysłów zainspirowały porównania i obiekty spoza kardiochirurgii albo wymagały one współpracy specjalistów z różnych dyscyplin. Innowacja pojawia się, gdy jedna dziedzina ściera się z drugą”.

Jednak do kolizji z niespodziewanym nie zawsze potrzebne są podróże. Laboratorium Mediów MIT w Bostonie często np. zaprasza do siebie naukowców z kompletnie różnych dziedzin i zmusza ich, by pracowali razem, w nadziei, że zaowocuje to niezwykłymi pomysłami. Podobnie robią działy badań i rozwoju w wielkich przedsiębiorstwach, takich jak 3M.

Według innej szkoły, najważniejsze, to stworzyć swego rodzaju organizacyjny bałagan. Kilka lat temu, naukowiec z Cambridge, Mark de Rond, przyjrzał się różnym naukowym przełomom w historii, jak np. odkrycie penicyliny, DNA czy wynalezienie Viagry. Doszedł do wniosku, że większość z nich powstała dzięki „kontrolowanemu nieładowi” bądź przypadkowym, ale kluczowym zdarzeniom, które przytrafiają się częściej, gdy naukowcy mają swobodę „wałęsania się”. „Niechlujstwo, nieefektywność, różnica zdań, pomyłki i wytrwałość (…) mogą sprzyjać przypadkowym odkryciom” - zauważa de Rond, przypominając, że Aleksander Fleming wpadł na zastosowanie penicyliny tylko dlatego, że jego stanowisko pracy było w takim nieładzie, iż poszczególne eksperymenty „mieszały się” ze sobą.

Oczywiście nie jest to przekaz, który chętnie przełknie większość liderów polityki i biznesu. Niektóre firmy technologiczne, jak Google czy Facebook, chlubią się tym, że regularnie dają swoim pracownikom przerwy, w których ci mogą zajmować się, czym chcą. Większość przedsiębiorstw ma jednak inne nastawienie: przy dominującym na świecie kulcie efektywności, „niechlujstwo” kojarzy się z czymś kosztownym i trudnym do uzasadnienia.

Gdy następnym razem usłyszycie polityka lub szefa firmy, który mówi o innowacjach, przypomnijcie sobie tamborek Cosgrove’a. Jeśli udacie się na wakacje, pamiętajcie, że „czas wolny” to nie tylko odpoczynek – potrafi się okazać bardziej owocny, niż cokolwiek, czym zajmujecie się w pracy.

 

Na podst. How to ignite the creative spark, Gillian Tett, The Financial Times

Sieci społecznościowe

Tagi