Kiedy leczenie nic już nie daje

Mój ojciec, który był lekarzem od lat 50. do końca lat 90., uważał, że winę za to ponoszą częściowo bioetyka i prawa pacjenta. Medycy powinni z powrotem przejąć część ciężaru, który scedowali na pacjentów i ich rodziny – podkreślał.

Nic nie zapowiadało, że jako specjalista od chorób zakaźnych, ojciec stanie się zwolennikiem ruchu „medycznej daremności”, który narodził się w latach 90. Ale z biegiem lat, coraz częściej konsultował osoby starsze, cierpiące na demencję czy chore na raka, które trafiały do niego z różnymi infekcjami, jak zapalenie płuc. Leczenie nie poprawiało ich ogólnego stanu. W najlepszym razie, antybiotyki utrzymywały ich przy życiu, którego jakość była bardzo niska. Najczęściej wracali do domu bez infekcji, za to w gorszym stanie, niż wtedy, gdy trafili do szpitala, a wielu umierało na oddziale intensywnej terapii.

Ruch „medycznej daremności”, który głosił, że lekarz powinien móc odmówić interwencji, jeśli, jego zdaniem, przedłuży ona tylko umieranie, nie odniósł wielkiego sukcesu. Zwyciężył za to pogląd, że decyzja o niepodjęciu leczenia leży w gestii samych pacjentów (lub ich rodzin).

Problem w tym, że pacjenci często żądali leczenia nawet wtedy, gdy praktycznie nie było szans, by było skuteczne. Lekarze zaś, z zaglądającymi im przez ramię etykami i prawnikami, i otrzymując czasem niemałe pieniądze za takie usługi – świadczyli je.

„Dying in America” popiera to, by ubezpieczyciele płacili lekarzom za rozmowę z pacjentem o opiece nad nim w końcówce jego życia. Szuka też sposobów na lepsze finansowanie opieki w domu i nawołuje do poprawy szkolenia młodych medyków w zakresie medycyny paliatywnej.

Mój ojciec chciałby jeszcze jednego: aby lekarze byli bardziej odważni i nie postrzegali swych obowiązków jedynie jako świadczenia usług, lecz by pilnowali, czy opieka jest naprawdę właściwa.

 

Na podst. When Medicine Is Futile, Barron H. Lerner, The New York Times

Sieci społecznościowe

Tagi