Kiedy walczysz o to, co w życiu kochasz, nie przyjmuj odmowy do wiadomości

Odkąd w piątej klasie przeczytałam książkę Harriet the Spy, marzyłam, by zostać pisarką. Zapełniałam swoją pisaniną kolejne dzienniki i pamiętniki, ale bałam się je komukolwiek pokazać. Szpiegowałam braci i siostry, szperałam w ich szufladach i opisywałam znaleziska, na przykład zdjęcia przyjaciół mojego brata, którzy wypięli do obiektywu gołe pośladki. Ale kiedy trochę podrosłam i miałam szansę pisać prawdziwe artykuły do szkolnej gazety, stchórzyłam.

Na studiach zmieniłam kierunek z biologii na botanikę, a potem na ochronę przyrody, i planowałam zostać strażnikiem leśnym. W końcu zaszłam w ciążę i rzuciłam szkołę. Dopiero kiedy wróciłam na uczelnię sześć lat później, byłam gotowa, by podążyć za swoim marzeniem. Zapisałam się na zajęcia z kreatywnego pisania na Kent State University.

Pierwszego dnia profesor kazał nam wyjaśnić na niewielkiej kartce, dlaczego wybraliśmy jego zajęcia. Sądząc, że będzie moim jedynym czytelnikiem, rozpisałam się o tym, jak bardzo uwielbiam pisanie. Przypominało to wpis w pamiętniku. Profesor zebrał nasze kartki, przetasował je, a potem wyciągnął jedną i wysłał wszystkich studentów do tablic. Kazał nam zapisać zdania, które przeczyta. Tablice wisiały na każdej z czterech ścian sali. Koledzy z zajęć pokryli je moimi niezgrabnymi zdaniami. Zrobiłam się czerwona jak burak. Wszyscy studenci przyglądali się moim wypocinom, a potem pastwili nad nimi, analizując gramatykę, składnię, styl i treść. Marzyłam, by zapaść się pod ziemię. Już nigdy nie odzyskałam rezonu na tych zajęciach. Od pierwszego dnia czułam się jak nieudacznik.

W następnym semestrze przerzuciłam się z angielskiego na public relations i zapisałam na pierwsze zajęcia z dziennikarstwa. W początkowym tygodniu za późno złożyłam pracę. Profesor zawstydził mnie przed całą klasą:

 – Brett, równie dobrze możesz od razu zrezygnować, bo nigdy nie zaliczysz tych zajęć. Więc pokazałam mu, na co mnie stać. Co tydzień mieliśmy mu przynosić osiem cali tekstu, czyli około 250 słów. Ja przynosiłam dwa razy więcej. Nie miałam zamiaru oblać tych zajęć. Dostałam piątkę, a co ważniejsze – zachętę do dalszej pracy.

Dwaj profesorowie złapali mnie na korytarzu i kazali przepisać się na dziennikarstwo. Wystarali się dla mnie o stypendium w wysokości 800 dolarów na pokrycie części kosztów książek i materiałów. Dziennikarstwo było strzałem w dziesiątkę. Po ukończeniu studiów rozpaczliwie szukałam pracy w zawodzie. Pracowałam wtedy na niepełny etat jako terapeutka alkoholików, zarabiając 7000 dolarów rocznie.

Rozesłałam trzydzieści CV do gazet w całym kraju. Dostałam trzydzieści odpowiedzi odmownych. Zdesperowana, przygotowałam portfolio z najlepszymi artykułami, jakie napisałam do gazety uniwersyteckiej, i poprosiłam o pracę mojego profesora prawa komunikacji masowej z Kent State. Pracował w „Beacon Journal”, najlepszej gazecie w regionie wydawanej przez Knight-Ridder, jednego z najbardziej uznanych wydawców w branży. Profesor rzucił tylko okiem na moje teksty, pokręcił głową i oznajmił, że jestem za słaba, by pracować w tak dobrej gazecie, i że miną lata, zanim osiągnę odpowiedni poziom, o ile w ogóle go osiągnę. Miałam wrażenie, jakby ktoś zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Cała się trzęsłam, lecz udało mi się powstrzymać łzy, dopóki nie wsiadłam do samochodu. Płakałam przez całą drogę do domu. Ale nie mogłam sobie pozwolić na przyznanie się do porażki.

Miałam dziecko do wykarmienia, a chciałam stawiać na stół coś więcej niż kanapki z masłem orzechowym i galaretką albo makaron z serem. Chciałam robić karierę, a nie tylko pracować. W końcu przyjęłam pracę w jedynej gazecie, która mi ją zaoferowała. Wydawany w Lorain „Journal” zatrudnił mnie do przygotowywania raportów o poczynaniach władz miejskich. Nie był to przełom, o którym marzyłam, ani miasto czy pensja moich snów, ale dostałam pracę w upragnionej dziedzinie. Brałam każdy temat, nawet jeśli mnie nie interesował.

Wygospodarowałam też trochę czasu na pisanie dodatkowych tekstów, z których najlepsze wysyłałam Billowi, przyjacielowi zatrudnionemu w „Beacon Journal”, z prośbą o opinię, jak mogłabym je poprawić. Sześć miesięcy później zadzwonił do mnie redaktor z „Beacon Journal” z propozycją pracy: Bill pokazał mu moje teksty. Przyjęłam tę ofertę, mimo że miałam pisać do działu biznesowego o ubezpieczeniach zdrowotnych i rolnictwie, na czym się zupełnie nie znałam. Robiłam to przez jakiś czas. Później zlecano mi teksty o opiece społecznej, informacje z ostatniej chwili i reportaże.

Po kilku latach doszłam do wniosku, że chciałabym pisać felietony. Pragnęłam dzielić się z czytelnikami swoimi osobistymi przekonaniami, zamiast być obiektywnym obserwatorem, opisującym fakty. Redaktor gazety oświadczył, że nie potrzebuje ani nie chce kolejnej felietonistki. Wypłakałam się w łazience, a potem poszłam do domu i zaczęłam się zastanawiać, czym mogłyby się wyróżniać moje felietony.

Spisałam kilka pomysłów i wróciłam do redaktora. Znów powiedział nie, ale tym razem osłodził to stwierdzeniem, że jestem zbyt dobrym reporterem, żeby rozmieniać się na drobne, pisząc felietony. Jego odmowa nie zniechęciła mnie, tylko zmotywowała do dalszej pracy. Wypisałam długą listę pomysłów na tematy felietonów. Przygotowałam sześć przykładowych tekstów, w tym felieton inauguracyjny. To było dość śmiałe posunięcie, ale nie miałam wyboru. Przygotowałam się do prezentacji i przedstawiłam swoje pomysły. Redaktor i tak odmówił. Płakałam całą drogę do domu. Mój mąż (wtedy jeszcze mój chłopak) wziął mnie za rękę, otarł mi łzy z twarzy i zapytał:

– No dobrze, więc jaki jest kolejny krok do spełnienia twojego marzenia? Kolejny krok?

Bruce nie przyjmuje odmowy do wiadomości. To urodzony optymista. Jest taka stara historia o braciach bliźniakach, z których jeden był urodzonym optymistą, a drugi – urodzonym pesymistą. Usiłując ich zrozumieć, psychiatra umieścił pesymistę w pokoju z mnóstwem zabawek, żeby sprawdzić, co się stanie. Chłopiec płakał i szlochał. Optymistę lekarz zaprowadził do pokoju pełnego końskiego łajna i wręczył chłopcu łopatę. Wiele godzin później optymista wciąż z uśmiechem przerzucał łajno tak szybko, jak tylko potrafił.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytał lekarz. Chłopiec odpowiedział:

– Skoro jest tu tyle łajna, to gdzieś musi być i kucyk!

Taki jest Bruce. Nieważne, jak kiepsko wygląda sytuacja, on zaczyna szukać kucyka. Nie pozwolił, żeby czyjeś „nie” stanęło mi na drodze. Nie ma czegoś takiego jak „nie”, oświadczył. Znajdź sposób, żeby to „nie” zamieniło się w „tak”. Wtedy postanowiłam: jestem felietonistką. Jestem felietonistką, tylko tak się składa, że jeszcze nie publikuję felietonów. Przerzucałam więc łajno w poszukiwaniu kucyka. Pisałam artykuły w pierwszej osobie, kiedy tylko nadarzyła się okazja.

W Dzień Bliźniąt, przed którym wzdraga się większość dziennikarzy, opisałam, jakie to uczucie być na obchodach samemu, bez bliźniaka. Z okazji Krajowego Dnia Wegetarian przygotowałam felieton o tym, jak obchodzi się Święto Dziękczynienia przy chlebku orzechowym zamiast indyka. Z czasem redaktor się poddał. Powiedział „tak”.

Piszę felietony od 1994 roku, kiedy wreszcie otworzył drzwi, do których pukałam. Codziennie szczypię się, żeby sprawdzić, czy to nie sen. Zdobyłam wymarzoną pracę. A wszystko dzięki temu, że nie przyjmowałam odmowy do wiadomości i dalej machałam łopatą.

 

Źródło: Brett Regina, God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours,Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi