KRAINA MIŁOŚCI Anthony de Mello

Gdybyśmy tak naprawdę odrzucili iluzje, wraz z tym co nam dają lub czego nas
pozbawiają, bylibyśmy czujni. Konsekwencje niepodjęcia takiego działania są przerażające i
nie do uniknięcia. Tracimy zdolność przeżywania miłości. Jeśli chcesz kochać, musisz na
nowo nauczyć się patrzeć, a jeśli chcesz wiedzieć, musisz rzucić swój nałóg. Tylko tyle.
Wyzwól się ze swej zależności. Rozerwij sieć, jaką omotało cię społeczeństwo dławiąc twe
jestestwo. Musisz się uwolnić. Na zewnątrz wszystko będzie szło jak dawniej, ale pomimo iż
nadal będziesz w świecie, nie będziesz już z tego świata. W głębi serca staniesz się wolny, w
końcu całkowicie samotny. Twoja zależność od narkotyku całkowicie obumrze. Nie musisz
iść na pustynie, jesteś pośród ludzi, ciesz się ich obecnością. Nie mają już jednak władzy nad
tobą, która pozwala im uszczęśliwiać lub unieszczęśliwiać ciebie. To właśnie oznacza
samotność. W takim odosobnieniu twoja zależność obumiera. Rodzi się zdolność do miłości.
Nie spoglądaj już na innych jak na środek narkotycznego zaspokajania. Tylko ten, kto już
tego próbował, zna okropności tego procesu. Jest jak zaproszenie do śmierci. Jest jak zabranie
biednemu narkomanowi jedynej radości życia, jaką znal. Czy da się zastąpić ja smakiem
chleba i owoców, czystym tchnieniem porannego powietrza, słodyczą wody z górskiego
potoku? Walcząc z objawami głodu i pustką w sobie, których doświadcza teraz, gdy nie
dostaje narkotyku, niczym tej pustki nie jest w stanie zapełnić. Czy moglibyście wyobrazić
sobie życie, w którym wyrzekacie się przyjemności czerpanej z jednego choćby słowa
uznania lub oparcia głowy na czyimś ramieniu, dodającego trochę otuchy? Pomyślcie o życiu,
w którym nie jesteście emocjonalnie od nikogo zależni; tak, że nikt nie ma już mocy
uszczęśliwiania lub unieszczęśliwiania was. Nie zgadzacie się na to, by potrzebować jakiejś
konkretnej osoby, aby być kimś szczególnym dla kogoś, ani na to, by zwać kogoś "swoim".
Ptaki mają swe gniazda, lisy swe nory, ale ty nie będziesz miał gdzie schronić głowy w swej
podróży przez życie. Jeśli kiedykolwiek dotrzesz do tego stanu, dowiesz się w końcu, co to
znaczy widzieć w sposób jasny, nie zamglony lękiem ani pragnieniem. Każde słowo ma
wówczas swoją wagę. Widzieć w sposób jasny i nie przyćmiony przez lęk i pragnienia.
Poznasz wówczas, co to znaczy kochać. Aby jednak dojść do krainy miłości, trzeba przejść
przez ból śmierci, gdyż kochać ludzi oznacza nie potrzebować ich, umrzeć dla tej potrzeby i
być całkowicie samotnym.
Jak można tam się dostać? Dzięki nieustannej świadomości, poprzez nieskończoną
cierpliwość i współczucie, jakie miałbyś dla narkomana. Przez rozwijanie w sobie chęci
kosztowania tego, co w życiu dobre, jako przeciwwagi wobec narkotyku. Co zaś jest w życiu
dobre? Umiłowanie pracy, którą lubisz wykonywać dla niej samej, umiłowanie śmiechu i
bliskości z ludźmi, do których się nie przywiązujesz, nie uzależniasz emocjonalnie, choć ich
towarzystwo przynosi ci radość. Dobrze jest oddać się takiemu działaniu, w które możesz
zaangażować się całym sobą; działaniu, które samo w sobie przynosi ci tyle radości, że
sukces, uznanie czy aprobata po prostu nie mają żadnego znaczenia. Pomocny może też
okazać się powrót do natury. Porzuć tłum, idź w góry i w ciszy obcuj z drzewami, kwiatami,
zwierzętami, ptakami, z morzem, chmurami, niebem i gwiazdami.
Mówiłem już wam o tym, jakim ćwiczeniem duchowym jest przypatrywanie się
przedmiotom, uświadamianie sobie ich obecności wokół siebie. Trzeba mieć nadzieję, że
słowa znikną, pojęcia rozpłyną się, a ty zobaczysz i wejdziesz w kontakt z rzeczywistością.
Jest to lekarstwo na samotność. Zazwyczaj usiłujemy leczyć swą samotność poprzez
emocjonalne uzależnianie się od innych ludzi, poprzez liczne towarzystwo i hałas. To nic nie
daje. Wróć do przedmiotów, wróć do przyrody, idź w góry. Wówczas poznasz, że serce
przywiodło cię na rozległa pustynie osamotnienia, że nie ma tam nikogo, kto by cię pocieszył,
absolutnie nikogo.
Z początku będzie się to wydawać nie do zniesienia, ale tylko dlatego iż nie jesteś nawykły
do samotności. Jeśli zdołasz wytrwać przez jakiś czas, pustynia nagle zakwitnie miłością.
Twoje serce wybuchnie śpiewem. Będzie tam panowała wieczna wiosna, porzucisz narkotyk i
staniesz się wolny. Pojmiesz wówczas, czym jest wolność, czym jest miłość i szczęście; czym
jest rzeczywistość, prawda, czym jest Bóg. Będziesz wiedział, wiedza twa wkroczy poza
pojęcia i uwarunkowania, nałogi i przywiązania. Czy pojmujesz sens tego, co mówię?
Pozwól, bym zakończył ten wywód uroczym opowiadaniem.
Był sobie człowiek, który wynalazł sztukę rozpalania ognia. Wziął więc swoje narzędzia i
powędrował do pewnego plemienia żyjącego na północy, gdzie było bardzo zimno, dotkliwie
zimno. Nauczył tamtejszych ludzi, jak rozpalać ogień. Ludzie byli bardzo tym zainteresowani.
Pokazał im, jak można wykorzystać ogień – do gotowania, ogrzewania itp. Byli tak
wdzięczni, że nauczyli się sztuki krzesania ognia. Nim jednak zdołali swą wdzięczność
wyrazić, mężczyzna zniknął. Nie zależało mu ani na wdzięczności, ani na uznaniu. Zależało
mu na tym, by im się lepiej wiodło. Następnie powędrował do innego szczepu, gdzie znowu
zademonstrował wartość swego wynalazku. Tu także ludzie wykazali spore zainteresowanie,
trochę zbyt duże, by mogło ujść uwadze kapłanów, którzy spostrzegli, że człowiek ten
przyciąga wielkie tłumy, a oni tracą na popularności. Postanowili więc pozbyć się przybysza.
Otruli go, ukrzyżowali – możecie ująć to, jak chcecie. Obawiali się jednak, że ludzie mogliby
zwrócić się przeciwko nim, byli więc bardzo rozważni, a nawet podstępni. Wiecie, co zrobili?
Umieścili portret tego człowieka na głównym ołtarzu świątyni. Narzędzia do krzesania ognia
położono obok, a ludziom nakazano oddawać cześć portretowi i narzędziom do krzesania
ognia, zaś oni czynili tak przez wieki. Trwał kult, ale nie było ognia.
Gdzie jest ogień? Gdzie jest narkotyk wykorzeniony z ciebie? Gdzie jest wolność? Tego
właśnie dotyczy duchowość. Jest czymś tragicznym, że tracimy te sprawy z pola widzenia.
Ich właśnie dotyczą słowa Jezusa Chrystusa. Ale my poświęciliśmy nadto uwagi słowom:
"Panie, Panie" – prawda? Gdzie jest ogień? A jeśli kult nie daje ognia, jeśli adoracja nie
prowadzi do miłości, jeżeli liturgia nie prowadzi do jasnej percepcji rzeczywistości i Bóg nie
wiedzie do życia, to czemu służy religia? Poza tym że tworzy jeszcze więcej podziałów,
konfliktów i fanatyzmu? To nie z powodu braku religii – w zwykłym tego słowa znaczeniu –
cierpi świat, ale z braku miłości, braku świadomości. A miłość rodzi się poprzez świadomość.
Nie ma innej drogi. Nie ma. Pojmij, jakie zapory budujesz na drodze miłości, wolności i
szczęścia, a wówczas one znikną. Zapal światło świadomości, a ciemności się rozproszą.
Szczęście nie jest czymś, co możesz nabyć, miłość nie jest czymś, co możesz wyprodukować,
miłość nie jest czymś, co możesz posiadać. Miłość jest czymś, co może cię posiąść. Nie
możesz wejść w posiadanie wiatru, gwiazd lub deszczu. Nie posiadasz ich, poddajesz im się.
Oddanie im może nastąpić jedynie wówczas, gdy świadom będziesz swoich iluzji, swoich
nałogów, pragnień i lęków. Jak już mówiłem poprzednio, w pierwszej kolejności wielce
pomocny może tu się okazać psychologiczny wgląd, ale nie analiza – analiza paraliżuje.
Wgląd nie musi być analizą. Dobrze to ujął jeden z amerykańskich terapeutów: "Liczy się
jedynie okrzyk: aha". Samo analizowanie nic nie daje, dostarcza tylko informacji. Jeśli
natomiast prowadzi do okrzyku "aha", staje się wglądem. Oznacza zmianę. Po drugie, ważne
jest zrozumienie swego uzależnienia. Potrzebujesz na to czasu. Niestety, ogromna ilość czasu
poświęconego na przykład obrzędom lub śpiewaniu hymnów i pieśni, mogłaby być owocnie
wykorzystana dla zrozumienia siebie. Wspólne obrzędy liturgiczne nie tworzą wspólnoty. W
głębi serca wiecie o tym, tak jak i ja, że obrzędy te służą jedynie zamazywaniu różnic.
Wspólnota tworzy się poprzez zrozumienie przeszkód, jakie stawiamy na jej drodze, poprzez
zrozumienie konfliktów zrodzonych przez nasze lęki i pragnienia. W tym momencie powstaje
wspólnota. Musimy zawsze mieć się na baczności, aby nie uczynić z obrzędów po prostu
dodatkowej odskoczni od ważnych spraw życia. A życie nie oznacza pracy w rządzie ani
bycia ważnym biznesmenem, ani zajmowania się dobroczynnością. To nie jest życie. Życie to
odrzucanie wszelkich przeszkód i zanurzanie się w chwili obecnej z całą świeżością. "Ptaki
(...) nie sieją i nie żną, i nie zbierają do spichlerzy"... to jest życie. Przypatrzcie się kwiatom
polnym, nie pracują i nie przędą.
Zacząłem od tego, że ludzie pogrążeni są we śnie, że są martwi. Martwi zasiadają w
rządach, martwi ludzie prowadzą wielkie interesy, martwi ludzie nauczają innych. Obudźcie
się! Ożyjcie! Obrzędy mają was przebudzić, ale są bezużyteczne. A coraz bardziej – wiecie o
tym, tak samo jak i ja – tracimy młodzież. Nienawidzą nas, nie są zainteresowani tym, by
dokładano im jeszcze więcej lęków i poczucia winy. Nie są zainteresowani kolejnymi
kazaniami i napomnieniami. Są jednak zainteresowani nauką o miłości. Jak mogą być
szczęśliwi? Jak mogą żyć? Jak mogą przeżyć te wspaniałe chwile, o których mówią mistycy?
Pojawia się więc tu druga sprawa – rozumienie. A trzecia – to "nieidentyfikowanie się".
Kiedy tutaj dziś szedłem, ktoś zadał mi pytanie, czy nigdy nie czuję się podle. Człowieku,
czuję się teraz i czułem się tak niegdyś. Mam swoje ataki. Ale to nie trwa długo, naprawdę nie
trwa. Co robię? Krok pierwszy: nie identyfikuję się z tym. Mam kiepskie samopoczucie.
Zamiast się tym przejmować lub poddawać irytacji, staram się zrozumieć to, że jestem
przygnębiony, rozczarowany, czy z różnych powodów poobijany. Krok drugi: przyznaję się,
że to uczucie jest we mnie, nie w innych. Na przykład nie w osobie, która nie napisała do
mnie listu. Nie w świecie zewnętrznym, lecz we mnie. Dopóki myślę, że przyczyna tego stanu
znajduje się na zewnątrz mnie, czuję się usprawiedliwiony w utrzymywaniu tego uczucia. Nie
mogę powiedzieć, że każdy czuje w ten sposób; w rzeczywistości tylko idioci tak czują, tylko
ludzie pogrążeni we śnie. Krok trzeci: jeszcze raz nie identyfikuję się z tym uczuciem. "Ja"
nie jest tym uczuciem. "Ja" nie jest samotne.
"Ja" nie jest przygnębione. "Ja" nie jest rozczarowane. Rozczarowanie jest tam tylko
obecne, istnieje, można je obserwować. Będziecie zdziwieni tym, jak prędko znika.
Wszystko, czego jesteście świadomi, zmienia się. Zmieniają się chmury. Dokonując tej
obserwacji, uzyskacie też wgląd w przyczyny, dla których chmury w ogóle się pojawiły.
Mam tu wspaniały cytat, kilka zdań, które zapisałbym złotymi zgłoskami. Pochodzą z
książki A. S. Neilla "Summerhill". Najpierw muszę objaśnić tło. Prawdopodobnie wiecie, że
Neill przez czterdzieści lat pracował w szkolnictwie. Stworzył coś w rodzaju niezależnej
szkoły. Przyjętym do szkoły dziewczętom i chłopcom dał całkowitą wolność. Chcecie
nauczyć się czytać i pisać – dobrze, nie chcecie nauki czytania i pisania – też dobrze. –
Możecie robić ze swym życiem co chcecie, pod jednym warunkiem: nie może to w żaden
sposób niszczyć wolności innych. Nie przeszkadzajcie innym w realizowaniu ich wolności,
poza tym róbcie, co chcecie. Jak twierdzi, najgorsi przyszli ze szkół zakonnych. Było to
oczywiście w dawnych czasach. Uczniowie ci potrzebowali około sześciu miesięcy, aby
przezwyciężyć problem złości i poczucia krzywdy, które nosili w sobie i tłumili. Przez sześć
miesięcy buntowali się i walczyli ze szkolnym systemem. Najwięcej kłopotu sprawiała pewna
dziewczynka, która wsiadała na rower i jechała do miasta, uciekając od lekcji, od szkoły, od
wszystkiego. Kiedy jednak bunt ucichł, wszyscy chcieli się uczyć; zaczynali nawet
protestować, kiedy nie było lekcji. Ale uczyli się tylko tego, co ich interesowało. Zmieniali
się. Na początku rodzice obawiali się posyłać dzieci do tej szkoły: Jak można ich
czegokolwiek nauczyć bez dyscypliny? Trzeba ich uczyć zgodnie z programem, kierować
nimi... W czym leżał sekret sukcesu Neilla? Miał do czynienia z najgorszymi dziećmi; takimi,
których nigdzie już nie chciano. A w przeciągu sześciu miesięcy wszystkie te dzieci się
zmieniły. Posłuchajcie, jak mówił na ten temat – wspaniałe to, święte słowa:
"Każde dziecko ma w sobie Boga. Nasze wysiłki, by je urobić, powodują, że Bóg
przemienia się w diabła. Do mojej szkoły przychodzą dzieci podobne małym diablętom,
nienawidzące świata, destruktywne, nie wychowane, kłamiące i kradnące, nie opanowane.W
ciągu sześciu miesięcy stają się szczęśliwymi, zdrowymi dzieciakami, nie czyniącymi niczego
złego".
Te zadziwiające słowa pochodzą od człowieka, którego szkoła w Wielkiej Brytanii jest
systematycznie odwiedzana przez inspektorów Ministerstwa Edukacji, przez dyrektorów i
dyrektorki szkól i w ogóle wszystkich, którzy są tym dziełem zainteresowani. Zadziwiające.
Człowiek z charyzmą.
Czegoś takiego nie można dokonać powielając czyjeś osiągnięcia. Żeby to osiągnąć, trzeba
mieć szczególną osobowość. W wykładach dla dyrektorów szkół mówił:
"Przyjedźcie do Summerhill, a zobaczycie drzewa w sadach uginające się od owoców, nikt
ich nie obrywa; nie ma tu agresji wobec władz szkoły, dzieci są dobrze odżywione,
pozbawione agresji i resentymentów. Przyjedźcie do Summerhill, a zobaczycie, że nie ma tu
kalekich dzieci, które by przezywano (wiadomo, jak okrutne potrafią być dzieci wobec kogoś,
kto się jąka). Nie spotkacie nikogo, kto by jąkale dokuczał. Nigdy. Nie ma w tych dzieciach
agresji, ponieważ nikt wobec nich nie jest agresywny – oto przyczyna."
Słuchajcie tych słów objawienia, świętych słów. Są jeszcze na świecie tacy ludzie. Bez
względu na to, co mówią uczeni, księża, teolodzy – istnieli i nadal istnieją ludzie wolni od
konfliktów, kłótni, zazdrości, wojen i wrogości! Żyją w moim kraju lub – choć to smutne –
żyli do niedawna. Mam pośród jezuitów przyjaciół, którzy – jak mnie zapewniali – pracowali
wśród ludzi niezdolnych do kradzieży czy kłamstwa. Jedna z sióstr zakonnych opowiadała, że
kiedy pracowała w północnych Indiach, pośród pewnych wspólnot, ludzie ci nie mieli
zwyczaju czegokolwiek zamykać na klucz. Nigdy niczego tam nie ukradziono ani nie
kłamano – aż do czasu, kiedy pojawili się tam przedstawiciele rządu Indii i misjonarze.
Każde dziecko nosi w sobie Boga, nasze próby urobienia go przemieniają Boga w diabła.
Jest taki wspaniały włoski film w reżyserii Federico Felliniego, zatytułowany "Osiem i
pół". W jednej ze scen chrześcijański zakonnik wychodzi na wycieczkę lub piknik z grupą
chłopców w wieku 8-10 lat. Idą plażą, ich opiekun zostaje z kilkoma chłopcami w tyle.
Chłopcy z przodu spotykają starszą kobietę, która jest dziwką, pozdrawiają ja, na co i ona
odpowiada pozdrowieniem. Pytają:
– Kim jesteś?
Na co ona odpowiada, że jest prostytutką.
Nie wiedzą, co to znaczy, ale udają, że rozumieją. Jeden z chłopców wydaje się wiedzieć
nieco więcej od reszty, objaśnia więc:
– Prostytutka to taka kobieta, która robi rozmaite rzeczy, jeśli się jej zapłaci.
– Czy zrobi to też dla nas, jeśli zapłacimy? – pytają.
– Czemu nie – pada odpowiedź.
Zbierają pieniądze, dają jej i pytają:
– Czy zrobisz coś dla nas, jeśli zapłacimy?
– Jasne, dzieciaki. Co chcecie, abym zrobiła?
Jedyne, co im przychodzi do głowy, to prośba, aby się rozebrała. Kobieta ją spełnia. Patrzą
na nią. Nigdy dotąd nie widzieli nagiej kobiety. Nie wiedzą, czego żądać jeszcze, więc
proszą:
– Czy zatańczyłabyś dla nas?
– Jasne – odpowiada.
Gromadzą się wokół niej, śpiewają i klaszczą. Dziwka kreci tyłkiem i wszyscy bawią się
doskonale. Dostrzega to braciszek zakonny. Przybiega i wrzeszczy na kobietę. Każe jej się
ubrać, a narrator stwierdza:
– W tym momencie dzieci zostały zepsute, do tej chwili były niewinne, piękne.
Nie jest to wcale rzadki problem. Znam w Indiach pewnego dość konserwatywnego
misjonarza, jezuitę. Wziął kiedyś udział w prowadzonych przeze mnie zajęciach.
Pracowaliśmy nad pewnym problemem przez ponad dwa dni, co wyraźnie sprawiało mu ból.
Następnego wieczoru podszedł do mnie i powiedział:
– Wiesz, Tony, nie potrafię wyrazić, jak bardzo męczy mnie ten problem, który poruszyłeś.
– Dlaczego, Stan? – zapytałem.
– Stawia to na nowo pytanie dręczące mnie przez dwadzieścia pięć lat, straszne pytanie.
Przez te lata wciąż pytałem siebie: Czy nie zdeprawowałeś ludzi czyniąc ich chrześcijanami?
Jezuita ten nie był żadnym liberałem, był ortodoksyjnym, pełnym oddania, pobożnym i
konserwatywnym człowiekiem. Czuł jednak, że niszczy szczęśliwych, pełnych miłości,
prostych, prostolinijnych ludzi, czyniąc z nich chrześcijan.
Misjonarze amerykańscy, którzy udali się ze swymi żonami na wyspy Mórz
Południowych, byli przerażeni widząc obnażone do pasa kobiety w kościele. Ich żony
nalegały, by kobiety te ubierały się przyzwoicie. Misjonarze dali im więc bluzy, by je
narzuciły na siebie. W następną niedzielę wszystkie kobiety pojawiły się odziane w te bluzy,
ale powycinały w nich dwa otwory – dla wygody i lepszego chłodzenia ciała. To one miały
rację. Misjonarze popełnili błąd.
Wróćmy raz jeszcze do Neilla. Pisze on:
"Nie jestem geniuszem, jestem tylko człowiekiem, który odmawia kierowania każdym
krokiem dziecka".
A co z grzechem pierworodnym? Neill twierdzi, że każde dziecko ma w sobie Boga. Nasze
wysiłki urobienia jego charakteru zmieniają Boga w diabła. Pozwala dzieciom ukształtować
swe własne wartości i są one niezmiennie prospołeczne i dobre. Czy dacie wiarę? Kiedy
dziecko czuje, że jest kochane (co oznacza: dziecko czuje, że jesteś po jego stronie) jest w
porządku. Nie doznaje już gwałtu. Nie ma strachu, nie ma przemocy. Dziecko zaczyna
traktować innych w taki sam sposób, jak samo jest traktowane. Musicie przeczytać tę książkę.
To święta księga, naprawdę. Przeczytajcie ją. Zrewolucjonizowała moje życie i moje stosunki
z ludźmi. Zacząłem dostrzegać cuda. Zacząłem dostrzegać wieczne niezadowolenie z siebie,
jakie mi wpajano: współzawodnictwo, porównywanie się, to ciągle nie-tak-dobrze-jakbynależało
itp. Możecie się sprzeciwić, mówiąc, że gdyby mnie w taki sposób nie popychano,
nie byłbym tym, kim jestem. Ale czy naprawdę powinienem być tym, kim jestem? A zresztą,
komu potrzebne jest to, czym ja jestem? Chcę być szczęśliwy, chcę być świętym, pełnym
miłości, spokoju, chcę być wolny, chcę być człowiekiem.
Czy wiecie, jakie są przyczyny wojen? Ich źródłem jest projekcja konfliktów
wewnętrznych na zewnątrz. Wskażcie mi osobę, która nie nosi w sobie wewnętrznego
konfliktu, a ja pokażę wam osobę wolną od przemocy. Będą w niej konflikty, ale pozbawiona
będzie nienawiści. Jeśli już podejmuje jakieś działania, działa jak chirurg, jeśli działa, to
działa jak pełen miłości nauczyciel wobec niedorozwiniętych umysłowo dzieci. Nie obwinia
ich, stara się je zrozumieć, ale podejmuje działanie. Z drugiej strony, kiedy przystępujesz do
działania pełen nieukierunkowanej nienawiści i agresji, zwielokrotniasz szansę błędu.
Próbujesz ugasić ogień za pomocą benzyny. Próbujesz przeciwdziałać powodzi dolewając
wody. Powtarzam słowa Neilla:
"Każde dziecko ma w sobie Boga. Nasze wysiłki zmierzające do urobienia jego charakteru,
zmieniają Boga w diabla. Dzieci przychodzące do mojej szkoły, to małe diablęta,
nienawidzące świata, destrukcyjne, niewychowane, kłamiące, kradnące, nieokrzesane. Po
sześciu miesiącach są szczęśliwymi, zdrowymi dziećmi, nie czyniącymi zła. Nie jestem
geniuszem, jestem tylko człowiekiem, który porzucił chęć kierowania każdym krokiem
dziecka.
Pozwalam im stworzyć własne wartości, a wartości te nieodmiennie są dobre i
prospołeczne. Religia, która ma produkować dobrych ludzi, tworzy ludzi złych, a religia
zwana wolnością czyni ludzi dobrymi, ponieważ usuwa wewnętrzny konflikt (dodałem słowo
wewnętrzny), który przemienia ludzi w diabły".
Neill pisze także:
"Pierwszą rzeczą, jaką robię, kiedy jakieś dziecko przybywa do Summerhill, jest
zniszczenie jego sumienia".
Zakładam, że prawidłowo rozumiecie to, o czym mówi Neill.
Ja wiem. Nie potrzebujesz sumienia, kiedy jesteś świadomy, nie potrzebujesz sumienia,
kiedy jesteś wrażliwy. Nie uciekasz się wtedy do przemocy, nie jesteś przepełniony strachem.
Zapewne sądzicie, że jest to ideał nieosiągalny. No cóż, przeczytajcie tę książkę. Spotykam
wszędzie osoby, które nagle poznały tę prawdę: korzenie zła są w tobie. Kiedy to wreszcie
zrozumiesz – przestaniesz tyle od siebie żądać, tak wiele po sobie się spodziewać, zmuszać
się, by rozumieć. Dbaj o siebie, dostarczaj sobie pełnowartościowego dobrego pokarmu. Nie
myślę tu tylko o jedzeniu: myślę o zachodach słońca, o przyrodzie, o dobrym filmie i dobrej
książce, o pracy dającej radość, o dobrym towarzystwie i... miejmy nadzieję, że uda ci się
przełamać swoje uzależnienie od uczuć innych.
Jakiego rodzaju uczucia doznajesz, gdy zdarza ci się obcować z naturą albo kiedy
pochłonięty jesteś pracą, która cię fascynuje? Albo kiedy, tak naprawdę – w atmosferze
otwartości i bliskości – rozmawiasz z kimś, czyje towarzystwo sprawia ci radość, choć
wzajemnie nie uzależniacie się od siebie? Jakiego rodzaju uczucia wówczas żywisz?
Porównaj te uczucia z tymi, które pojawiają się w tobie, gdy zwycięsko wychodzisz z jakiejś
kłótni, wygrywasz wyścig, stajesz się popularny lub kiedy wszyscy ci przyklaskują. Te
ostatnie uczucia nazywam ziemskimi. Poprzednie nazywam uczuciami duszy. Wielu ludzi
zdobywa świat zatracając swą dusze. Wielu ludzi wiedzie puste, bezduszne życie, ponieważ
karmią się popularnością, uznaniem, pochwałą: "Ja jestem OK.", "ty jesteś OK.", "spójrzcie
na mnie!", "zwróćcie uwagę na mnie!", "doceńcie mnie!". Rządzenie, siła, zwycięstwo w
wyścigu. Czy i ty się tym karmisz? Jeśli tak, to jesteś trupem. Zatraciłeś duszę. Posilaj się
czymś innym, pożywniejszą substancją. Wtedy ujrzysz przemianę. Czyż osiąganie tego celu
nie uczyniłem zadaniem całego twego życia?
 

Sieci społecznościowe

Tagi