Ktoś ci doradza, czy próbuje ci coś sprzedać?

Prawie 10 lat temu, w artykule pt. „House of Games” („Dom gry”), Dan Wheeler napisał, że kłopot ze znalezieniem profesjonalnej pomocy w inwestowaniu jest taki, iż osobie siedzącej po drugiej stronie biurka często zależy tylko na tym, by coś sprzedać. A ludzie myślą, że zadaniem domów maklerskich z Wall Street jest udzielanie dobrych rad, pomocnych w osiąganiu finansowych celów.

Mimo upływu czasu, spostrzeżenie Wheelera nic nie straciło na aktualności. Inwestorzy nadal nie dostają od doradców tego, czego pragną: prostych, szczerych rad, dostosowanych do ich indywidualnego sposobu myślenia. To prawda, firmy z branży coraz częściej przyjmują rolę „powierników”, lecz wciąż sporo brakuje do tego, aby cele klientów i ich doradców naprawdę do siebie pasowały.

Trudno się temu dziwić, skoro doradcy są oceniani przez swoich pracodawców przede wszystkim na podstawie tego, jaki wygenerowali dochód. Interes klienta ma znaczenie drugorzędne. Wielu doradców finansowych zauważyło to już lata temu i postanowiło założyć niezależne firmy. Na początku byli w mniejszości, lecz dziś jest ich tylu, że mogą rzucić poważne wyzwanie tradycyjnym domom maklerskim.

Niezależni doradcy bywają różni, ale, moim zdaniem, najlepsi z nich traktują klientów jak członków drużyny, a nie przeciwników, i służą im za adwokatów, przedstawicieli i tłumaczy w coraz bardziej złożonym świecie inwestycji. Co więcej, nie próbują udawać, że świadczą coś, czego w rzeczywistości nie świadczą. Firmy z Wall Street lubią przesadzać i korzystać z drogi na skróty, a później klienci czują się oszukani. Niezależni doradcy mają przewagę w walce o sympatię inwestorów, ponieważ dużo rzadziej pozwalają na coś takiego.

 

Na podst. Are You Being Advised or Sold To?, Rob Isbitts, Sungarden Investment

Sieci społecznościowe

Tagi