Mieszkańcy wybrzeży powinni ryzykować na własny rachunek

Trudno zrozumieć, dlaczego ci, których nie stać na dom z widokiem na morze, mają dotować tych, którzy mogą sobie na to pozwolić.

Około 70% powierzchni Ziemi pokrywa woda. Przez miliardy lat granica między morzem i lądem była ruchoma. Poziom wód rósł i opadał, wraz ze wzrostem lub spadkiem temperatury na Ziemi. Topografia terenu zmieniała się w wyniku ruchów tektonicznych czy osadzania się mułów. Do niedawna, drobniejsze zmiany linii brzegowej nie miały większego znaczenia dla życia na planecie. Ale teraz mają. 

Niektóre rodzaje działalności gospodarczej, np. porty i połowy ryb morskich, są, siłą rzeczy, prowadzone przy linii brzegowej. Z kolei w deltach wielkich rzek, jak Ganges, Missisipi i Ren, powstały żyzne grunty rolne. Poza tym, ludzie lubią mieszkać nad morzem - widok nań i lokalizacja przy plaży znacznie podnoszą wartość ich domów. 

Europę Zachodnią zalewają najgorsze od 50 lat morskie fale, przypominając, że nawet niewielkie i tymczasowe korzyści, wynikające z bliskości morza, mają swoją cenę. Tsunami na Oceanie Indyjskim, huragany Katrina i Sandy zniszczyły mienie, a wiele osób pozbawiły życia. 

Nikt nie chce powiększania się powierzchni wód. Ale też prawie nikt nie chce, aby te się cofały. Mieszkańcy „terenów z widokiem” pragną, by plaża i morze zostały tam, gdzie są. 

Tak rodzą się potężne, partykularne interesy przedsiębiorców i właścicieli nieruchomości. Lobby to chce, żeby linia brzegowa się nie zmieniała i by na ten cel wydawać pieniądze podatników. Jednak historia pokazuje, że utrzymywanie tu status quo jest wbrew naturze i może być bardzo kosztowne, nawet jeśli coś takiego byłoby możliwe. 

Kiedy natura niweczy te wysiłki, koszty walki z nią chce się przerzucić na ogół społeczeństwa. W obliczu katastrof trudno podważać takie żądania. Ofiary Katriny uznały, że rząd powinien im pomóc. Świat hojnie wspierał ofiary tsunami w Azji. I choć, historycznie rzecz biorąc, archipelagi pojawiają się i znikają, jesteśmy pełni współczucia dla mieszkańców Malediwów.

Ale kiedy huragany słabną i wraca spokój, trudno zrozumieć, dlaczego część społeczeństwa, której nie stać na mieszkanie na wybrzeżu, z widokiem na morze, ma dotować tych, którzy mogą sobie na to pozwolić. Czy ci, którzy czerpią korzyści handlowe z życia nad morzem, nie powinni czasem pokrywać kosztów związanych z jego bliskością? We Francji rząd ustalił, że koszty ubezpieczenia powodziowego są dzielone między wszystkich mieszkańców kraju, niezależnie od tego, czy ich nieruchomość znajduje się w Alpach, czy w takich rejonach, jak Landy i Żyronda, stopniowo pochłanianych przez Atlantyk. 

Trudno jest pogodzić politykę przeciwpowodziową, solidarność w przypadku katastrof i sprawiedliwy podział kosztów pomiędzy właścicieli różnych nieruchomości. Jak nie wydawać za dużo, ani za mało na zapobieganie powodziom? Jak zniechęcać do budowania na niepewnym gruncie? Państwa przyjęły różne rozwiązania, przy czym większość myśli o ich zmianie.

USA mają system ubezpieczeń podobny do francuskiego, tylko bardziej niechlujny i skomplikowany. Chcą go zmienić na bardziej rynkowy. Wielka Brytania planuje zrobić dokładnie na odwrót. Holandia uspołeczniła cały system. Nie ma ubezpieczeń od powodzi: rząd płaci za straty. Ryzyko powodzi zdaje się być tam opanowane, lecz są propozycje, by wrócić do systemu prywatnego i urynkowionego.

 

Na podst. Coastal dwellers should take their own chances, John Kay, The Financial Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi