Młodzi ludzie dużo kosztują

Pierwszego przełomowego, ekonomicznego odkrycia dokonałem w 1988 r. Chodziło o tzw. Falę Wydatków. W myśl tej koncepcji, każde nowe pokolenie, w miarę, jak się starzeje, zarabia i wydaje coraz więcej, co przekłada się na wzrost gospodarki. Szczyt wydatków jego członkowie osiągają średnio w wieku 46 lat. Potem następuje spadek, gdy z gniazda wypuszcza się dzieci i zaczyna oszczędzać na emeryturę. Kolejne odkrycie przyszło w 1989 r. i nie było już tak oczywiste.

Zaobserwowałem bliską korelację między wzrostem siły roboczej, a stopą inflacji, co pokazuje poniższy wykres. Później odkryłem, że korelacja ta jest najbardziej ścisła, jeśli uwzględnić 2,5-roczne opóźnienie.

Zadałem sobie pytanie: Co, u licha, mają ze sobą wspólnego przyrost siły roboczej i inflacja? I wymyśliłem odpowiedź.

Młodzi ludzie stanową bardzo ważną inwestycję, ale nie da się ukryć, że przez znaczną część swojego życia kosztują dużo, a nie dają nic. Koszt wychowania dziecka to dla przeciętnych rodziców 250 tys. dol. (nie licząc studiów). Rząd dopłaca do edukacji. Potem, gdy dziecko wreszcie dorasta i, średnio w wieku 20 lat, dołącza do siły roboczej, pracodawca musi dalej inwestować w jego szkolenia, zapewniając przy tym miejsce do pracy i niezbędne narzędzia. Potrzeba ok. 2,5 roku na to, aby nowy, młody pracownik zaczął zarabiać dla swojej firmy więcej, niż ją kosztuje.

A zatem, gdy pokolenie 20-, 20-parolatków masowo wchodzi na rynek pracy, po 2,5 latach inflacja osiąga punkt szczytowy.

Potem, ci młodzi stają się bardzo produktywni. Do 46 roku życia pożyczają i wydają coraz więcej, napędzając gospodarkę.

Oczywiście, rozumiem, że inflacja to złożony fenomen, na który krótkoterminowo wpływa wiele czynników, takich jak polityka monetarna, ceny ropy i żywności, kursy walut itp. Tym bardziej imponujący jest fakt, że mój prosty wskaźnik inflacji pokazuje tak stabilną korelację. Dowodzi to, że inflacja nie jest „wyłącznie fenomenem monetarnym”, jak twierdził Milton Friedman.

Ludzie stanowią podstawowe źródło inflacji, podobnie jak są głównym motorem każdej gospodarki. Ekonomiści i rządy wcale nie mają tak dużej kontroli, jak im się zdaje. Gdyby dominującym czynnikiem inflacji była polityka monetarna, bezprecedensowemu drukowaniu pieniędzy w ostatnich latach nie towarzyszyłby spadek inflacji.

Przyznaję że zdarzają się krótkoterminowe rozbieżności między moim wskaźnikiem, a rzeczywistą inflacją. Wspomniane wcześniej czynniki nie są całkiem bez znaczenia. Pewne dywergencje obserwujemy już od 2008 r. Podtrzymuję jednak twierdzenie, że mamy do czynienia z ogólnym trendem deflacyjnym. Pomimo całej tej desperackiej stymulacji, inflacja pozostaje niska.

Jednak długoterminowa korelacja wzrostu siły roboczej i inflacji jest niezaprzeczalna. A że mój wskaźnik przez ostatnie dwa lata wskazywał na wzrost, można się spodziewać tymczasowego skoku inflacji, jeśli gospodarka w najbliższym czasie nie zwolni, a Fed będzie wygaszać QE bardzo powoli.

Lecz obecne odczyty już wskazują na deflację od 2015 r. Prognozowany wzrost siły roboczej jest bliski zera. Deflacja sięgnie 12%, jeśli nie więcej.

Nie spodziewajcie się po decydentach czegoś więcej, niż krótkotrwały wpływ. Jeśli chcecie przewidywać trendy, obserwujcie, jak się zachowują ludzie i zastanawiajcie się, jak będą się zachowywać, gdy będzie im przybywać lat.  

 

Na podst. Young People Are Expensive, Harry S. Dent Jr, Survive & Prosper

Sieci społecznościowe

Tagi