Mniejsza o giełdę. Kup firmę.

Po latach sporów z częścią rodziny o kawowy biznes po dziadku, w 2004 r. na konto Stevena D. Crowe’a wpłynęło 111 mln dol. Crowe, założyciel i szef agencji nieruchomości, sądził, że zna się na giełdzie. Zainwestował więc na niej otrzymane pieniądze.

Był zadowolony ze zwrotów ze zrównoważonego portfela, aż do kryzysu finansowego, kiedy 30% jego majątku wyparowało. To doświadczenie zmieniło jego podejście do inwestowania.

„W 2010 r. pomyślałem, że to może się powtórzyć. Może nie być tak źle, ale może też być gorzej. Wróciłem do zarządzania apartamentowcami. Nigdy już nie martwiłem się o cykle gospodarcze” – mówi Crowe.

Dzisiaj trzyma połowę pieniędzy w funduszu, który jest właścicielem czterech dużych budynków mieszkalnych w Teksasie: „Czułem, że to znacznie bezpieczniejsza inwestycja. Dlaczego mam się przejmować giełdą, na którą oddziałują czynniki psychologiczne?”. Drugą połowę pieniędzy Crowe trzyma w akcjach i wysoko dochodowych obligacjach korporacyjnych.

Coraz więcej jest mniej lub bardziej zamożnych ludzi, którzy inwestują bezpośrednio w firmy, różne projekty lub fundusze private equity, zamiast kupować akcje i obligacje na otwartym rynku.

Ward S. McNally, partner zarządzający McNally Capital, który doradza zamożnym rodzinom, jak inwestować w private equity, zauważa, że badania pokazały, iż 79% rodzin, posiadających od 500 mln do 25 mld dol., inwestuje bezpośrednio. To wyraźny wzrost: w 2010 r. było to 59%. Bezpośrednie inwestycje polegają na tym, że kupuje się część lub całość prywatnej firmy, w nadziei, że będzie ona dawała dochody lub że się ją z zyskiem sprzeda.

„Rodziny doszły do wniosku, że jeśli chcą generować prawdziwe zyski, muszą inwestować bezpośrednio” - mówi McNally i dodaje, że 49% respondentów badania chce mieć kontrolę nad swymi inwestycjami, a 17% woli podejście bardziej bierne.

Według Tiger 21, organizacji zrzeszającej 250 osób, które mają co najmniej 10 mln dol. do zainwestowania, przesunięcie pieniędzy w kierunku private equity, w następstwie kryzysu finansowego, jest znaczące. Na początku 2008 r. w funduszach private equity członkowie Tiger 21 trzymali 9 proc. swoich pieniędzy, a dziś 20 proc.

„Po 2008 r. wielu naszych członków bardziej niepokoją rynki publiczne, które przypominają kasyna, niż realne mechanizmy zwiększania wartości firm” – stwierdza Michael Sonnenfeldt, założyciel Tiger 21. „Długoterminowa wartość tworzona jest teraz w sektorze private equity”.

Pragnienie zachowania kontroli nad inwestycjami i nieufność wobec Wall Street to dziś nastawienie często spotykane, ale inwestowanie bezpośrednio w firmy lub w fundusze private equity też nie jest pewną drogą do bogactwa. Niesie zagrożenia, które mogą być łatwo przeoczone nawet przez najbogatsze rodziny.

Inwestowanie zbyt wielu pieniędzy w jedną klasę aktywów nie jest najlepszym pomysłem, gdyż wtedy, jak przestrzega Charles Buckley, dyrektor zarządzający w UBS, „wahadło zawsze i niezmiennie wychyla się zbyt silnie. Mam nadzieję, że każdy pilnuje równowagi między płynnością i brakiem płynności”.

Buckley zauważa, że wiele bogatych rodzin ma dość tradycyjnych funduszy private equity, ze względu na wysokie opłaty za zarządzanie i procent zysków, który przejmują. Dlatego wolą inwestować samodzielne lub w grupach. Unikają opłat, ale mogą też nie osiągnąć zwrotów, na jakie liczą.

„Bywa, że popełniają błędy inwestycyjne i mija co najmniej 5 lat, zanim się o tym przekonają. Weryfikacja takich inwestycji pochłania naprawdę dużo czasu” - mówi Buckley.

Większość osób pada ofiarą idei inwestowania na dobrze znanym gruncie. Z badań McNally’ego wynika, że 85% inwestuje w biznes polecany przez rodzinę lub przyjaciół. Aż 48% z nich sprawdza mniej niż 50 przedsięwzięć, zanim zainwestują.

To może być największa wada inwestowania na własną rękę, w porównaniu z korzystaniem z doświadczenia dużych firm private equity, które, zanim zdecydują się na jakąś spółkę, przeglądają setki ofert.

 

Na podst. Never Mind Stocks. Just Buy the Company, Paul Sullivan, The New York Times

Sieci społecznościowe

Tagi