Monopol to przyjaciel biurokraty, ale wróg demokraty

60 lat temu Arnold Harberger odkrył, że koszt monopolu (strata, jaką ponosi społeczeństwo, gdy monopoliści mogą swobodnie zawyżać ceny) wynosi ok. 0,1% amerykańskiego PKB – znacznie mniej, niż koszt recesji. Doprowadziło to do powszechnej zgody, że organy zajmujące się konkurencją nie muszą tak bardzo przejmować się potęgą wielkich firm. Lecz czy przypadkiem nie odpuściły im za bardzo?

Na duże spółki natykamy się co i rusz. Kupujemy kawę od Starbucksa, benzynę od Shella, oprogramowanie od Microsoftu. Kluczowe media (wodę, ogrzewanie, prąd, internet, telefon) dostarcza nam kilka grup, które są w stanie stłamsić konkurencję.

Oczywiście, nie wszystkie korporacje są monopolistami. A nawet jeśli faktycznie mają jakąś władzę na rynku, to, według Harbergera, nie ma to aż tak dużego znaczenia, jak nam się wydaje. Jednak jego analiza skupiała się na mechanizmach ustalania cen, a dziś wiemy, że dominacja pewnych firm może nam zaszkodzić w inny sposób.

W 1989 r. w Wielkiej Brytanii wprowadzono przepisy dotyczące handlu piwem, które wstrząsnęły pubami, kontrolowanymi dotąd przez 6 browarów. Liczono na to, że większa konkurencja pozwoli obniżyć ceny. Nic z tego. Piwo stało się droższe. Jednak jakość pubów znacznie się poprawiła. Konkurencja nie wpływa tylko na ceny.

Monopoliści potrafią czasami wykorzystać swoje rozmiary i przepływy gotówki, aby tworzyć prawdziwe innowacje. Jednak mniejsi konkurenci, z natury bardziej zawzięci, zdają się pewniejszym źródłem wynalazków, które naprawdę mają znaczenie.

„Sektor biznesowy w amerykańskiej gospodarce starzeje się” - czytamy w opracowaniu Brookingsa. Trend ten widać we wszystkich branżach i regionach; obecni gracze cieszą się bezpieczną przewagą. „Liczba startupów i dynamika zatrudnienia w amerykańskiej gospodarce w ostatnich latach wyraźnie spadły (…). Ten trend przyspieszył po 2000 r.” - donosi z kolei Journal of Economic Perpspectives.

To oznacza wyższe ceny i mniej innowacji, ale na tym nie koniec. Debata w USA, na temat „neutralności sieci”, dotyczy, tak naprawdę, regulacji postępowania dostawców kablówek, którzy tworzą lokalne monopole, w sposób jak najmniej dla nich szkodliwy.

Debata ta przypomina nam, że duże firmy mają możliwość skuteczniejszego lobbowania. Tym bardziej opłaca się ono monopolistom, gdyż wygodne nowe przepisy dotyczą tylko ich. Monopol nie sprzyja demokracji.

Za to, niestety, często pomaga rządowej biurokracji. Nie chodzi tu o tylko korupcję, ale także o ułatwienie sobie życia. Gdy politycy chcą coś załatwić w sprawie zmian klimatycznych, wystarczy, że pogadają z koncernami naftowymi. Kiedy problem stanowi masowa otyłość społeczeństwa, zwrócić się można do McDonalda.

Politykom wydaje się, że to rozsądny sposób załatwiania spraw, ale w rzeczywistości, nie udaje się rozwiązać bieżących problemów, ani osiągnąć celów aktywnej konkurencji.

Spójrzmy tylko, jak rozegrał się kryzys finansowy. Reakcja władz sprowadzała się do wsparcia dużych instytucji i wymuszenia fuzji. Trudno to nazwać długoterminowym rozwiązaniem problemu „zbyt dużych, by upaść”.

Żadne zabiegi polityczne nie zagwarantują nam innowacji, stabilności finansowej, niższych cen itp., ale asertywna polityka konkurencyjna zwiększa na to szanse. Rozwiązania strukturalne są bardziej skuteczne, niż wiercenie wielkim korporacjom dziury w brzuchu.

 

Na podst. Monopoly is a bureaucrat’s friend but a democrat’s foe, Tim Harford, The Financial Times

Sieci społecznościowe

Tagi