Nasi samolubni „urzędnicy publiczni”

Czasami nie dostrzegamy rzeczy najbardziej oczywistych: destrukcyjnej siły egoizmu w naszym życiu politycznym. Politycy deklarują, że służą społeczeństwu. Można by się więc spodziewać, że będą mniej samolubni, niż przeciętny obywatel. Ich poglądy i działania powinny być bardziej nakierowane na dobro publiczne. Ale nikt już tego od nich nie oczekuje. Politycy o tym wiedzą i zachowują się jeszcze gorzej, niż normalnie. Są ostoją egoizmu we współczesnym świecie. Problemem Chrisa Christiego nie jest bycie tyranem, ale to, że jest samolubem. Barack Obama nie jest głupi i nie dlatego tworzy chaos. Jest egoistą. Na Kapitolu 90% tzw. przedstawicieli narodu kieruje się własnymi potrzebami, pragnieniami i interesami, a nie dobrem Ameryki. Były sekretarz obrony, Bob Gates, napisał o tym książkę, która jest jak krzyk rozdzierający serce. Kapelan Senatu, Barry Black, prosi Boga, by charakter naszych reprezentantów się poprawił. „Panie, zbaw nas od szaleństwa. Uświadommy sobie nasze grzechy, nasze braki, nasze zadowolenie z siebie, nasz egoizm” - modlił się pewnego ranka, minionej jesieni. Jedną z najbardziej pamiętnych rzeczy, jakie kiedykolwiek usłyszałem, powiedział mi pewien znany przedstawiciel Wall Street. Zastanawiałem się, dlaczego zamożni ludzie podejmują działania, które cechuje jednocześnie chciwość i to, że są dla nich osobiście niekorzystne. „Każdy chce więcej” - wyjaśnił mi, jak dziecku. Ludzie w życiu publicznym stali się bardziej chciwi i mniej skrępowani własną chciwością. To dziwne i destabilizujące, zwłaszcza że tkwimy w kryzysie od co najmniej 2008 r. Mamy bezprecedensowe kłopoty. Obywatele wiedzą o tym i dlatego kupują broń. Widzą problemy kraju i boją się, że wszystko może się rozpaść. Ci Amerykanie z bronią są przyczyną kolejnych kłopotów. Ale Amerykanie myślą, że są w tarapatach, ponieważ ich przywódcy są zbyt samolubni, by stawić czoła wyzwaniom. Najbardziej uderzające jest to, że w czasie kryzysu można by się spodziewać czegoś lepszego od liderów: tego, że staną na wysokości zadania. W naszym życiu politycznym nasila się pewne zjawisko: politycy nazywają się sługami społeczeństwa, a działają jak bossowie, którzy myślą, że wyborcy pracują dla nich. Lekarze, którzy rutynowo pomagają potrzebującym i nieubezpieczonym, nie nazywają siebie sługami. Politycy, którzy narobili bałaganu wokół lekarzy, pielęgniarek i w całym systemie ochrony zdrowia, czują się jak królowie, wydający instrukcje podwładnym. To ma odzwierciedlenie w ich języku. Mówią, jakby przejmowali wszystko na własność: „moje wojsko, mój Biały Dom, mój gabinet, moje ministerstwo”. Prezydent jest w tym nawet lepszy od Christiego. Ale jego działania mają o wiele większe znaczenie, ponieważ gra pierwsze skrzypce w polityce. Prezydencka reforma ubezpieczeń zdrowotnych miała zapierać dech w piersiach, być historycznym przełomem. Miała być wyłącznie inicjatywą Demokratów. Wymagała kilku poważnych kłamstw, aby przejść, ale co tam. To egoizm polityczny wysadził w powietrze amerykański system opieki zdrowotnej. A koszty ponosi społeczeństwo. Te zaś są coraz większe, a ludzie są już tym zmęczeni. Historycy będą kiedyś pisać o naszych czasach i o tym, że największym skandalem było to, iż wszyscy akceptowali chroniczny i endemiczny egoizm u swych przywódców. Historia nam tego nie wybaczy.

 

 

Na podst. Our Selfish 'Public Servants', Peggy Noonan, The Wall Street Journal

Sieci społecznościowe

Tagi