Nie bój się marzyć

Nie bój się marzyć.

To właśnie pomyślała mała Latanya w dniu, w którym wysyłano różowe formularze. To właśnie pomyślało kilku optymistycznych mieszkańców jej biednej, śródmiejskiej okolicy, kiedy planowali zbudować nową szkołę dla swoich dzieci. Ale najpierw historia Latanyi.

Był grudzień. Wszyscy pozostali uczniowie bez wahania wpisali na blankietach, jakie prezenty chcieliby dostać od Aniołów Amerykańskiej Poczty, która opiekowała się ich szkołą przez święta. Latanya zabrała swój różowy formularz do domu, żeby zastanowić się nad tym dokładniej. Kiedy mama zaproponowała, że pomoże jej stworzyć listę życzeń, sześciolatka zaprotestowała, oświadczając:

– Sama to zrobię.

A potem zapytała mamę, jak się pisze „buty” i „odzież”.

Jej mama nie przeczytała wypełnionego formularza. Nauczyciel zebrał je od uczniów i dostarczył na pocztę, która co roku kupowała prezenty bożonarodzeniowe dla wszystkich dzieci z dwóch biednych szkół w Cleveland.

Lista Latanyi wyróżniała się na tle 1272 różowych kartek zebranych w szkołach podstawowych imienia Harveya Rice’a i Waltona. Większość dzieci prosiła o Barbie, figurkę G.I. Joe, lalkę, wrotki, gry video, płyty kompaktowe i kolorowanki. Formularz Latanyi przeraził pracowników poczty. Dziewczynka nie chciała znaleźć pod choinką lalki, pluszowej zabawki ani gry. Pod słowami: „To chciałabym dostać na gwiazdkę” napisała: „buty, ubrania do szkoły, jedzenie i łóżko”. Jej prośba zdumiała urzędniczkę pocztową Debbie Cockrell.

„Przecież żadna sześciolatka nie powinna prosić o jedzenie i łóżko na gwiazdkę”, pomyślała, a potem zadzwoniła do szkoły, żeby sprawdzić, czy dziewczynka naprawdę nie ma łóżka. Dowiedziała się, że Latanya śpi razem z mamą. Właśnie przeprowadziły się do Cleveland z Nowego Jorku. Mama nie miała pracy. Debbie zaczęła działać. Kupiła zabawki, ubrania i jedzenie warte 400 dolarów i zaangażowała wszystkich w pracy w poszukiwania łóżka dla dziewczynki.

Usłyszała o tym pracownica sortowni listów Yvette Lucas, która też miała marzenie do spełnienia. Jedynaczka Yvette była załamana, kiedy we wrześniu tego roku zmarła jej matka. Yvette była przy mamie do końca i myślała, że pożegnała się z nią, rzucając garść ziemi na jej grób, ale cały czas miała wrażenie, że jest jeszcze coś do zrobienia.

Ostatnią wolą jej matki było, żeby wszystko, co posiada, trafiło do potrzebujących. Yvette przekazała czternaście worków ubrań do schroniska dla bezdomnych. Ale nadal miała zestaw dębowych mebli Thomasville do sypialni. Jej mama kupiła go w 1982 roku, kiedy zachorowała na raka, na wypadek, gdyby Yvette musiała wprowadzić się z powrotem do domu. Gdy tylko Yvette usłyszała o Latanyi, wiedziała, że przyszedł czas pożegnać się z kolejnymi wspomnieniami po mamie.

Na widok ciężarówki podjeżdżającej pod dom, matka Latanyi jęknęła ze zdumienia.

– Mój Boże! – zawołała, zasłaniając usta. Po twarzy zaczęły jej cieknąć łzy. Trzymała dłonie złożone jak do modlitwy, gdy pracownicy poczty rozpakowywali jedzenie, zabawki i meble do sypialni.

– Nie mogę uwierzyć, że zawdzięczam to wszystko swojemu dziecku! – krzyknęła.

Yvette spojrzała na Latanyę i powiedziała jej mamie:

– Modlę się, żeby była pani z córką tak samo blisko, jak ja byłam z moją mamą. Yvette ustawiła szafki i posłała łóżko. Nie chciała jeszcze wychodzić. To miało być pierwsze Boże Narodzenie od czterdziestu czterech lat, jakie spędzi bez mamy. Przesunęła palcami po pustym blacie toaletki, którą mała dziewczynka, dorastając, miała zapełnić butelkami perfum i kokardami, szminkami i lakierami do paznokci.

– Dziękuję, mamusiu – wyszeptała. – Jest pięknie.

Latanya wreszcie miała wymarzoną sypialnię. Niestety, codziennie musiała wstać z nowego łóżka i iść do szkoły, która była jak koszmar na jawie. Szkoła podstawowa imienia Harveya Rice’a wyglądała jak opuszczony magazyn, otoczony metalową siatką wysoką na trzy metry. Wejście przypominało ciemną jaskinię. Nowi nauczyciele mieli problemy ze znalezieniem drzwi. Ja także. W okna wstawiono siatkę dla ochrony przed wypadającym szkłem. Kiedyś szyba pękła w sali dla pierwszaków, a szkło wsypało do środka. Dzieci z płaczem wybiegły na korytarz.

W zimie na uczniów padał śnieg. Pewnego dnia temperatura wyniosła trzy stopnie – wewnątrz. Dzieci przez cały dzień siedziały w kurtkach, a nauczyciele uszczelniali popękane szyby gazetami. W szkole nie było boiska, systemu nagłośnienia ani działających kranów z wodą pitną.

Przez cały rok szkolny 2002/2003 zaglądałam tam co tydzień i pisałam o tej podstawówce. Wchodziłam trzy piętra po zniszczonych czarnych stopniach, pod sufitem z zaciekami, obok dziur w ścianach, omijając płachty tynku, które spadły na stopnie. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy stałam na asfaltowym parkingu pełniącym funkcję boiska i patrzyłam, jak uczniowie świętują zakończenie roku szkolnego: przywiązywali kolorowe balony do zardzewiałych schodów obok paskudnych koszy na śmieci.

Rodzice i mieszkańcy wspólnie doszli do wniosku, że te dzieci zasługują na coś lepszego. W końcu ich szkoła nosiła imię Harveya Rice’a, założyciela edukacji publicznej w stanie Ohio. Chcieli zburzyć starą szkołę i po wielu latach przepychanek doprowadzili do budowy nowej. Miała to być oaza na pustyni biedy, która przyciągała handlarzy narkotyków i gangi; przez którą wybuchały strzelaniny.

Nowej szkole nadano imię Harveya Rice’a w 2009 roku. Rodzice, bibliotekarze, rada szkoły, miejscowe organizacje pomocowe i fundacje nie bały się marzyć i wspólnie pracowały nad tym, żeby zgromadzić potrzebną kwotę i znaleźć wsparcie dla ich pomysłu. Nowa szkoła jest częścią pięcioakrowego kampusu. Jest połączona z nową biblioteką, w której znajduje się punkt pomocy w odrabianiu lekcji i sala informatyczna. Szkoła kosztowała 16 milionów dolarów; biblioteka – 6 milionów dolarów. Wszystko to powstało dzięki współpracy okręgu szkolnego, bibliotekarzy, rozmaitych fundacji, organizacji pozarządowych, rodziców i lokalnych artystów. Teraz szkolny kampus stanowi centrum całej okolicy. To najlepszy przykład na to, co można osiągnąć, kiedy połączy się siły.

Wewnątrz na jasnych ścianach wiszą portrety ludzi sukcesu: neurochirurga Bena Carsona, fotografa Gordona Parksa, poetki Mayi Angelou. W szkole jest sala muzyczna, laboratorium i sala informatyczna. Dyrektor prosił o dwa komputery. Dostał ich dwadzieścia dziewięć. W klasach oprócz zwykłych tablic wiszą tablice multimedialne. Szkoła ma telewizory z płaskim ekranem, nowe dywany, windy, klimatyzację i pracownię plastyczną z trzema umywalkami i szafkami z artykułami do pracy. Teraz nie trzeba już wozić wózka z farbami z sali do sali.

Uczniowie pomogli stworzyć murale na ścianach. Któreś dziecko namalowało czapkę absolwenta i podpisało ją słowem „marzenie”. Naprzeciwko wejścia wisi motto szkoły, które ma inspirować każdą Latanyę przestępującą jej progi: „Osiągniesz wszystko, jeśli w to wierzysz”.

Łóżko. Budynek. Dwa marzenia.

Oba spełnione dzięki komuś, kto nie bał się marzyć – i zamienił je w rzeczywistość.

 

Źródło: Regina Brett, Be the miracle. 50 lessons for making the impossible possible, Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi