Nierówność jest wyborem

W większości bogatych krajów, a zwłaszcza w USA, w ostatnich dziesięcioleciach gwałtownie rosła nierówność dochodów i poziomu zamożności. Jeszcze gorzej to wygląda od czasu Wielkiej Recesji. Ale co z resztą świata? Czy przepaść między krajami zwęziła się, kiedy rozwijające się potęgi gospodarcze, jak Chiny i Indie, wydobyły z biedy setki milionów ludzi? Czy w państwach biednych i średnio zamożnych nierówność rośnie, czy maleje? Czy świat staje się bardziej sprawiedliwy, czy może mniej? Od czasu rewolucji przemysłowej w XVIII w., nierówności między krajami były znacznie większe, niż nierówność wewnątrz państw. Ale odkąd pod koniec lat 80. upadł komunizm, globalizacja gospodarki przyspieszyła i przepaść między narodami zaczęła się kurczyć. Średnie dochody w poszczególnych krajach zaczęły się do siebie upodabniać, zwłaszcza od czasu silnego wzrostu Chin i Indii. Jednak generalna równość całej ludzkości, pojmowana jako równość poszczególnych mieszkańców globu, poprawiła się tylko nieznacznie. Wszędzie biedni pozostali biednymi. W latach 1988 - 2008 1 proc. najbogatszych ludzi na świecie odnotował wzrost dochodów o 60 proc., podczas gdy w przypadku najbiedniejszych 5 proc. sytuacja się nie zmieniła. Średnie dochody znacznie się poprawiły w ostatnich dziesięcioleciach, ale nadal są ogromne dysproporcje: 8 proc. ludzkości zabiera 50 proc. światowego dochodu, przy czym 1 proc. najbogatszych zgarnia 15 proc. Największy wzrost dochodów odnotowała światowa elita: prezesi korporacji i finansiści z bogatych krajów, najbogatsi przedstawiciele powstającej klasy średniej w Chinach, Indiach, Indonezji i Brazylii. Kto przegrał? Afrykańczycy, niektórzy Latynosi oraz ludzie z postkomunistycznej Europy Wschodniej i byłego Związku Radzieckiego. Badania przeprowadzone przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wykazały, że nierówność dochodów zaczęła rosnąć pod koniec lat 70. i na początku lat 80., najpierw tylko w Ameryce, Wielkiej Brytanii i Izraelu. Tendencja ta stała się bardziej powszechna w późnych latach 80. W ciągu ostatniej dekady nierówność dochodów wzrosła nawet w krajach tradycyjnie egalitarnych, takich jak Niemcy, Szwecja i Dania. W większości rozwiniętych gospodarek (z kilkoma wyjątkami, takimi jak Francja, Japonia i Hiszpania) 10 proc. osób o najwyższych dochodach jeszcze je powiększyło, podczas gdy dochody 10 proc. najmniej zarabiających spadły. Ale ta tendencja nie obowiązywała wszędzie i nie była nieunikniona. W tym samym okresie, takie kraje, jak Chile, Meksyk, Grecja, Turcja i Węgry potrafiły zmniejszyć nierówność dochodów (w niektórych przypadkach bardzo znacznie). Z tego wniosek, że nierówność jest wytworem sił politycznych, a nie tylko makroekonomicznych. Nie jest prawdą, że jest nieuchronnym produktem ubocznym globalizacji, swobodnego przepływu pracowników, kapitału, towarów i usług. Zmiany technologiczne nie muszą sprzyjać tylko lepiej wykwalifikowanym i lepiej wykształconym pracownikom. Wśród zaawansowanych gospodarek, w USA różnica jest największa, a szanse na jej zmniejszenie najgorsze, co ma katastrofalne skutki ekonomiczne. W zeszłym roku 1 proc. Amerykanów zgarnął 22 proc. dochodu całego narodu, a 0,1 proc. największych bogaczy zabrał aż 11 proc. Nierówność w USA zaczęła się pogłębiać 30 lat temu, wraz z obniżeniem podatków dla bogatych i złagodzeniem przepisów w sektorze finansowym. To nie przypadek. Pogorszenie sytuacji ubogich zbiegło się w czasie z redukcją inwestycji w infrastrukturę, system edukacji, opiekę zdrowotną i bezpieczeństwo socjalne. Nierówność wzrasta proporcjonalnie do korozji naszego systemu politycznego i demokracji. Świat nie dzieli się obecnie tylko na kraje bogate i biedne, ale również na takie, które nie robią nic z problemem nierówności i takie, które starają się go rozwiązać. Część skutecznie tworzy wspólny dobrobyt - jedyny rodzaj dobrobytu, który, moim zdaniem, jest naprawdę trwały. Inni wolą tkwić w amoku nierówności. W tych podzielonych społeczeństwach bogaci zabunkrowali się w zamkniętych osiedlach, prawie całkowicie oddzielonych od enklaw biedy. Życie ubogich jest niemal niewyobrażalne dla bogatych i vice versa. Czy naprawdę większość z nas chce żyć w takich gettach: ogromnego bogactwa lub rozpaczliwej nędzy?

 

 

Na podst. Inequality Is a Choice, Joseph E. Stiglitz, The New York Times

Sieci społecznościowe

Tagi