Nieważne, jak się czujesz: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba

Prawie w każdym miesiącu zdarza mi się taki dzień, kiedy nie mogę dojść ze sobą do ładu. Dawniej winiłam za to hormony i zespół napięcia przedmiesiączkowego. Po pięćdziesiątce zaczęłam zrzucać winę na brak hormonów. Ale mężczyźni też miewają takie nastroje, więc to musi być po prostu ludzka przypadłość.

James Taylor, jeden z moich ulubionych piosenkarzy, śpiewa piosenkę pod tytułem Something in the Way She Moves . Jej tekst bardzo do mnie przemawia – opowiada o tym, że od czasu do czasu tracimy grunt pod nogami, a wtedy ogarniają nas myśli, w które lepiej się nie zagłębiać.

Miewamy je wszyscy. Każdy skrywa w głębi duszy swoje prywatne ruchome piaski, w których czasem tonie. W takich chwilach przyjaciele i rodzina muszą nas odnaleźć i przypomnieć nam o wszystkich dobrych rzeczach, jakie już nas spotkały i jakie nas jeszcze czekają.

Mnie najczęściej potrafi z nich wyciągnąć mój mąż, moja córka i kilkoro przyjaciół – ale nie zawsze. Kiedy mam naprawdę ciężki dzień, trudno mi nawet dać im znać, że tonę.

W tych najgorszych momentach zwracam się ku modlitwie. Muszę powtarzać najprostszą modlitwę, żeby chociaż wstać z łóżka. Czasami wystarczy jedno Zdrowaś Mario. Kiedy indziej muszę odmówić cały różaniec. Przeglądam swój duchowy arsenał i wybieram Ojcze nasz albo Modlitwę o cierpliwość. Biorę z szafki nocnej Biblię, która sama otwiera się na Ewangelii według św. Jana, a mój wzrok pada na wers „Niech się nie trwoży serce wasze”.

Często pomaga mi modlitwa autorstwa Thomasa Mertona. Na początku przyznaje on Bogu, że jest zagubiony, nie widzi przed sobą drogi i nie ma pojęcia, dokąd zmierza. Znam to uczucie.

Kiedy i to nie pomaga, kartkuję Psałterz, książki do medytacji i czytam sentencje. Przeglądam całą biblioteczkę, dopóki nie poczuję ulgi. Jeśli sama nie mam dość siły, energii lub woli, by szukać oparcia w Bogu, proszę Go prosto z mostu, żeby mnie wspierał. A właściwie nie proszę, tylko mówię Mu:

– To jeden z tych dni, Boże. Jest mi ciężko, bądź przy mnie.

Ktoś kiedyś powiedział, że modlitwa to więcej niż słowa. To twoje nastawienie, podejście do życia. Kiedy się modlisz, blokujesz całym ciężarem drzwi swej duszy, żeby powstrzymać nacierające demony, i trwasz na posterunku, dopóki nie odejdą.

Przez te wszystkie lata opracowałam prosty plan ratunkowy, przydatny w razie nadciągającej chandry:

Przygotuj listę alarmową osób, które zrozumieją, jak się czujesz. Nie wpisuj na nią nikogo, kto powie ci, żebyś wziął się w garść albo poda ci dwadzieścia sposobów na to, jak uciec z chandry w pracoholizm. Niech znajdą się na niej ci, którzy wiedzą, jakie lody, batoniki, muzyka albo film poprawi ci humor.

Unikaj ludzi złośliwych, zwłaszcza w pracy. I nie drażnij szefa. Trzymaj się od niego z daleka.

Tego dnia nie rób nic, co nie jest absolutnie niezbędne. Odwołaj wszystko, co się da.

Nie podejmuj żadnych kluczowych decyzji w kwestii swojego małżeństwa, kariery, diety i samooceny. Ten dzień źle na ciebie wpływa. Niczego nie analizuj. Trzymaj myśli na wodzy. Nie wiadomo, gdzie mogłyby cię zaprowadzić.

Nie przesadzaj. Świat się nie kończy. To tylko turbulencje. Samolot jest bezpieczny. Ma dobrego pilota. Siedzisz na właściwym miejscu. Trafiłeś po prostu na powietrzny wir. Poczekaj. To minie.

Przyznaję, kiedy mam ciężki dzień, korci mnie, żeby wziąć wolne z powodu złego samopoczucia psychicznego. Zamiast tego obniżam wymagania wobec siebie na następne dwadzieścia cztery godziny.

Stosuję radę mojego przyjaciela Dona: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba. Ogranicz życie do podstaw.

Wstań: staw życiu czoła w pozycji pionowej, zamiast poddawać mu się na leżąco.

Ubierz się: wyszykuj się od stóp do głów. To daje nadzieję. Myślę, że właśnie dlatego nawet w najbiedniejszych krajach trzeciego świata kobiety stroją się w jaskrawe chusty, kolorowe paciorki i lśniące muszle.

Przyjdź, gdzie trzeba: życie polega głównie na tym, żeby znaleźć się na czas tam, gdzie cię oczekują.

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy” – mówi Biblia. Żeby odnieść sukces, robisz wszystko, na co cię stać, a to każdego dnia oznacza co innego. Dziś stać mnie na niewiele, ale jeśli przynajmniej przyjdę tam, gdzie na mnie czekają, to dam z siebie wszystko, na co mnie dziś stać.

To wystarczy, żeby odnieść sukces na olimpiadzie życia. Za samo wstanie z łóżka dostaniesz brązowy medal. Kiedy się ubierzesz, masz już srebro. Przychodząc tam, gdzie powinieneś być, zdobywasz złoto.

Jeśli zrobisz te trzy rzeczy, wszystko będzie możliwe. Zdarza się, że właśnie w te najgorsze dni świetnie mi idzie pisanie, wychowywanie, kochanie.

Don, który nauczył mnie tego motta, należy do najszczęśliwszych, a zarazem najciężej doświadczonych przez los osób, jakie znam. Każdego wita gromkim: „Yo!”, a żegna uściskiem i słowami: „Dzięki tobie uśmiechnęło się do mnie niebo”. Don ma za sobą więcej złych dni niż większość ludzi.

Kiedy miał jedenaście lat, jego mama trafiła do szpitala psychiatrycznego. Tata alkoholik nie był w stanie wychowywać sześciorga dzieci. W pewien piątek Don dowiedział się, że w poniedziałek jedzie do sierocińca na trzy miesiące. Nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie jeszcze mieszkał z rodziną. Gdy ksiądz z domu dla chłopców przekazał mu, że jego matka zmarła na tętniaka mózgu, miał szesnaście lat.

Wiele lat później alkoholizm zabrał mu brata, który wdał się w bójkę, a jego przeciwnik rozstrzygnął walkę, potrącając go samochodem. Brat Dona przez miesiąc leżał w śpiączce. Don zawsze podkreśla dobrą stronę tej historii: Bóg dał mu trzydzieści dni na pożegnanie z bratem.

Don został terapeutą alkoholików. Ożenił się z pielęgniarką i urodziło im się dwoje dzieci. Potem jego żona miała romans i małżeństwo nie przetrwało. Gdy jego rodzina się rozpadła, coś w nim pękło. Ale przez cały ten czas, we wszystkie dni, kiedy nie miał ochoty iść do pracy, oddzwaniać ani słuchać o problemach innych ludzi, Don trzymał się tych zasad: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba.

Jego słowa inspirują mnie w gorsze dni, które teraz zdarzają się rzadko. Nieważne jak się czuję, wstaję, ubieram się i stawiam życiu czoła. Zawsze kiedy to robię, dzień okazuje się lepszy, niż się spodziewałam.

Niebo codziennie się do nas uśmiecha.

Tylko czasami jest to uśmiech przez łzy.

 

 

Źródło: Brett Regina, God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours,Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi