O ludzkim nieszczęściu

Lu­dzie są niby pro­ści, a z dru­giej stro­ny zu­peł­nie ab­sur­dal­ni. Robią rze­czy, któ­rych sami nie do końca ro­zu­mie­ją. Par­ku­ją sa­mo­cho­dy tak, że nie mogą potem z nich wyjść. Szu­ka­jąc od­po­czyn­ku wy­jeż­dża­ją na wa­ka­cje all in­c­lu­si­ve do ho­te­li, gdzie pa­nu­je tłok jak na Ar­chi­pe­la­gu Gułag, tu­dzież to­kij­skim me­trze. Palą pa­pie­ro­sy - w tym pi­szą­cy te słowa - cho­ciaż ko­rzyść pły­ną­ca z pa­le­nia pa­pie­ro­sów jest ab­so­lut­nie żadna, nawet wi­ze­run­ko­wa, bo je­dy­nym czło­wie­kiem, który rze­czy­wi­ście jakoś do­brze wy­glą­dał z pa­pie­ro­sem był, jest i bę­dzie Jan No­wic­ki. Lu­dzie robią sze­re­gi idio­ty­zmów i sami nie mają po­ję­cia, dla­cze­go. Jerzy Urban, żeby do­wie­dzieć się, dla­cze­go tak na­praw­dę przez więk­szość swo­je­go do­ro­słe­go życia był gnidą, za­dzwo­nił do Te­re­sy To­rań­skiej, aby zro­bi­ła z nim wy­wiad. Ostat­nie py­ta­nie wy­wia­du - "Czy pan się do­brze czuje, panie Urban?" wska­zu­je na to, że mo­ty­wa­cji sto­ją­cych za rzecz­ni­kiem rządu PRL nie zro­zu­mia­ła nawet tak prze­ni­kli­wa ba­daw­czy­ni ludz­kie­go cha­rak­te­ru, jak au­tor­ka "Onych".

A przede wszyst­kim, lu­dzie chcą być nie­szczę­śli­wi. Dą­że­nie ludz­kie do po­pa­da­nia w ży­cio­we po­trza­ski i czar­ne noce jest dla mnie nie­opi­sy­wa­ne - tak jakby ktoś kie­dyś wmó­wił nam, że spo­tka nas za to jakaś ni­cze­go sobie na­gro­da, na przy­kład wy­dzie­lo­na od rządu cie­pła, do­ży­wot­nia pen­syj­ka. Nic z tego. Lu­dzie to robią. Pa­ku­ją się w nie­szczę­ścia na wła­sne ży­cze­nie, każ­de­go dnia, bez za­sta­no­wie­nia, przy­po­mi­na­jąc przy tym bo­ha­te­ra hor­ro­ru, który czła­pią­ce ku niemu zom­bie wita z bu­kie­tem kwia­tów i sze­ro­ko otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

Lgnie­my do tych, któ­rzy mają nas w dupie, nie in­te­re­su­ją się nami, zwo­dzą nas, tylko po to, aby potem nami wzgar­dzić. Od­trą­ca­my tych, któ­rzy chcą nam dać samo dobro, wziąć nas ta­ki­mi, jacy je­ste­śmy, przy­jąć nas z całym in­wen­ta­rzem po­szat­ko­wa­nia, po­sra­nia, ner­wic i za­szło­ści. My­śli­my cały czas o sobie, na okręt­kę, bez prze­rwy, na mi­liar­dy róż­nych spo­so­bów. Wszyst­kie nasze zda­nia za­czy­na­my od "ja". Cały czas czu­je­my się nie­do­ce­nie­ni, skrzyw­dze­ni, prze­ko­pa­ni, więc z tego po­wo­du nie do­ce­nia­my in­nych, krzyw­dzi­my ich i sys­te­ma­tycz­nie prze­ko­pu­je­my. W na­szym mnie­ma­niu cudze suk­ce­sy umniej­sza­ją nasze, a cudze po­raż­ki są na­szy­mi zwy­cię­stwa­mi.

Zdra­dza­my ludzi, wy­ko­rzy­stu­je­my ich, trak­tu­je­my ich jak przed­mio­ty, nie mając nawet w sobie na tyle jaj, aby przy­znać przed sobą i przed nimi, że tak wła­śnie jest, że są w na­szym życiu po pro­stu za­baw­ka­mi do roz­ryw­ki. Tkwi­my w bez­na­dziej­nych związ­kach, bo uwa­ża­my, że przy­naj­mniej za­pro­wa­dza­ją w na­szym życiu po­rzą­dek. Wpa­da­my w na­ło­gi, bo prze­cież w po­rząd­ku musi być też tro­chę roz­ryw­ki. Mar­nu­je­my szan­se. Chce­my wię­cej, niż mamy, bo prze­cież za­wsze można chcieć wię­cej, bo ktoś ma wię­cej. Bie­rze­my durne kre­dy­ty i raty. Za­dłu­ża­my się. Sku­pia­my się na rze­czach, które w ogóle nas nie po­win­ny do­ty­czyć. Tra­ci­my czas. Oglą­da­my gówno w te­le­wi­zji. Oglą­da­my gówno w in­ter­ne­cie. Jemy gówno za­miast nor­mal­nych po­sił­ków, a gdy w końcu ktoś po­sta­wi przed nami nor­mal­ny po­si­łek, wo­li­my go sfo­to­gra­fo­wać. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Nie je­stem ga­ze­to­wym psy­cho­lo­giem ani znaną tre­ner­ką fit­nes­su, aby na­pi­sać, co tak na­praw­dę na­le­ża­ło­by z tym zro­bić. Je­stem pi­sa­rzem, który sam jest isto­tą wy­so­ce nie­do­sko­na­łą, nad­mier­nie ga­da­tli­wą, tro­chę za bar­dzo lu­bią­cą al­ko­hol i czę­sto mó­wią­cą nie­praw­dę. Nie zna­la­złem żad­ne­go pa­ten­tu na szczę­śli­we życie, poza tym, aby łazić przez nie uzbro­jo­nym w jakiś tam, nie­wiel­ki, mo­ral­ny wsz­czep w krę­go­słu­pie. Wy­da­je mi się jed­nak, że z wie­kiem mo­że­my na­uczyć się roz­po­znać to, co nas uniesz­czę­śli­wia. Umie to zro­bić nawet pies, który bie­gnie do uszczę­śli­wia­ją­cej go piłki tu­dzież kupy in­ne­go psa, a chowa się przed ka­gań­cem i od­ku­rza­czem, które czy­nią go zde­cy­do­wa­nie nie­we­so­łym. My też, może po­win­ni­śmy na­uczyć się to od­róż­niać.

Nie­szczę­ście tro­chę śmier­dzi. I ten za­pach czuć. Jest w oczach dru­gie­go czło­wie­ka, w za­pa­chu po­miesz­cze­nia, w nas sa­mych. Wy­star­czy, w od­po­wied­nim mo­men­cie, zro­bić w tył zwrot i grzecz­nie mu po­dzię­ko­wać. To pro­ste. Nie­wie­le wy­ro­sło na tym świe­cie szczę­ścia i na pewno nie star­czy go dla wszyst­kich; wy­star­czy jed­nak omi­jać rze­czo­ne nie­szczę­ście, które pleni się jak po­krzy­wa, wy­peł­nia mo­ni­to­ry i tram­wa­je, i tylko czeka na tych nie­licz­nych nie­za­ra­żo­nych.

Bądź­my ser­decz­ni. Mówmy tro­chę wię­cej praw­dy. Nie wchodź­my w kupy na uli­cach, bo prze­cież je widać, wy­star­czy spoj­rzeć pod nogi.

Autor:

Jakub Żulczyk

 

Sieci społecznościowe

Tagi