Ostatecznie liczy się tylko to, że kochałeś

Przez wiele lat zmagałam się z Bogiem.

Zawsze rozkładał mnie na łopatki, ale i tak wracałam na ring na kolejną rundę. Pomiędzy starciami udawałam, że jestem pobożna i ze wszystkich sił staram się przestrzegać reguł, tylko po prostu mi nie wychodzi. Niektórym Bóg przypomina Świętego Mikołaja. Mnie kojarzył się z potworem z bajek dla niegrzecznych dzieci.

Moje zatargi z Bogiem mają długą historię. Sięgają okresu prenatalnego. Czułam się jak ten poeta, który napisał: „Urodziłem się w dniu, gdy Bóg wziął sobie wolne”. Kiedyś uważałam, że Bóg nic nie wie o moich narodzinach. Przeszły niezauważone, a ja przez resztę życia usiłowałam bezskutecznie zwrócić na siebie Jego uwagę.

Dotyczyło to oczywiście chwil, w których nie byłam śmiertelnie przerażona, czyli jakiejś półgodziny dziennie, jeśli miałam dobry dzień. A te zdarzały się rzadko. Nasz konflikt uświadomiłam sobie już w szkole katolickiej, którą ochrzciłam mianem obozu dla rekrutów. Pierwszy rok z mojej ośmioletniej służby w Szkole Niepokalanego Poczęcia w Ravennie w stanie Ohio wzbudził we mnie takie przerażenie, że pewnego dnia przyszłam do domu na lunch i błagałam mamę, żeby nie kazała mi tam więcej wracać.

Pierwszą klasę uczyła dziewczyna, która miała pewnie niewiele ponad dwadzieścia lat i nigdy nie chciała zajmować się grupą czterdzieściorga sześciorga dzieci, które nie potrafiły zawiązać sznurówek, wytrzeć nosa ani policzyć do dwudziestu. Siostra P. była okrutna. Zamiast świętych obrazków powinniśmy byli dostawać ordery za rany odniesione na polu bitwy.

Kiedy jakaś uczennica niechcący podarła okładkę swojej książki do fonetyki, Siostra P. wrzasnęła na nią i uderzyła ją tak mocno, że dziewczynka wypadła z ławki na podłogę. Gdy któryś uczeń zmoczył się w spodnie, musiał siedzieć na korytarzu w bieliźnie.

Kiedy mieliśmy problemy ze zrozumieniem, na czym polega dodawanie i odejmowanie, wydzierała się na nas i wyzywała od diabłów. Pewnego razu wytarłam zakatarzony nos w rękaw białej bluzki. Za to wykroczenie przed całą klasą nazwała mnie świnią. Miałam zaledwie sześć lat.

Tak wyglądały moje pierwsze kroki w szkole. Nie chodziłam wcześniej do przedszkola. Rodzice mnie nie zapisali.

W drugiej klasie uczyła nas miła zakonnica. Siostra Dismas była zawsze przyjazna i uśmiechnięta. Ale rok później, w trzeciej klasie, pojawiła się siejąca postrach siostra D. Pierwszego dnia szkoły mieliśmy obłożyć książki w papierowe torebki. Nie potrafiłam tego zrobić, więc dostałam od niej po głowie. Książką, nie torebką.

Przez dwa kolejne lata Bóg się nade mną litował, zsyłając mi kilka świeckich nauczycielek: słodką panią Adkins w czwartej klasie, a w piątej sympatyczną panią  Plumstead, która zawsze miała miętowy oddech.

Za to w szóstej klasie znów się zaczęło. Siostra E. prawie udusiła jedną z uczennic podczas przerwy na lunch. Dziewczynka już nie wróciła do naszej szkoły.

W siódmej klasie niegrzeczni chłopcy musieli za karę stać przed nami z rękami wyciągniętymi w bok, a pan S. kładł im na dłoniach kolejne tomy encyklopedii, dopóki ich śmiech nie zamienił się we łzy. Pewnego dnia płakałam, a on kazał mi na siebie spojrzeć. Nie mogłam tego zrobić, bo z nosa ciekły mi smarki. Wrzasnął wtedy, żebym wydoroślała.

Jeśli któraś z nas zapomniała zabrać do kościoła kapelusza albo chustki, zakonnice szpilkami upinały jej na głowie papier toaletowy, jakby ten widok obrażał Boga mniej niż nasze włosy.

W kościele czekała już na nas klaszcząca Siostra B. Na pierwsze klaśnięcie musiałyśmy przyklęknąć na jedno kolano. Na drugie wstać i usiąść w ławkach. Za nieposłuszeństwo dostawałyśmy po głowie.

Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla Jezusa? Jezus występował tylko jako bohater pewnej historii. I to przerażającej historii. Bóg kochał nas tak bardzo, że posłał Swojego Syna, by nas zbawił. Ale ten rzekomo kochający ojciec pozwolił, żeby Jego jedyny Syn wisiał na deszczu przybity gwoździami do krzyża, mając na sobie jedynie łachmany i koronę cierniową. Wiesz co, Boże, to ja dziękuję, postoję.

Jak sobie zjednać takiego Boga? I kto chciałby w Niego wierzyć? Jezus był tylko postacią, omawianą na lekcjach, a Jego Ojciec wydawał mi się tyranem, który nigdy nie będzie ze mnie zadowolony.

A potem poznałam Joe.

Początkowo wzięłam go za ogrodnika. Tego dnia nie włożył koloratki i nie wyglądał na księdza jezuitę, ani żadnego innego księdza, skoro już o tym mowa. Stał w drzwiach domu rekolekcyjnego w czerwonej flanelowej koszuli i spodniach roboczych. Miał wielki haczykowaty nos, na którym można by zawiesić płaszcz, i wydatne kości policzkowe. Plecy miał tak krzywe, że nie mógł usiąść wygodnie na krześle ani spać na plecach. To był ojciec Joseph Zubricky, garbus z Jezuickiego Domu Rekolekcyjnego.

Stał się światłem mojego życia.

Joe opowiedział nam, czym jest dla niego Bóg, którego nazywał Jezusem. Tyle że ten Bóg w niczym nie przypominał tyrana, o którym dotąd słyszałam. Joe był zakochany w Bogu i wiedział, że Bóg jest zakochany w nim. Nie pozwolił, by religia mu w tym przeszkodziła. Joe, jedno z najdziwniejszych Bożych stworzeń, Joe, który miał wszelkie powody, by uskarżać się na swój los, na wszystkie dwieście sześć powykręcanych kości, czuł tylko miłość.

Po wykładzie dopadłam go na korytarzu. Pozwolił, bym wyrzuciła z siebie wszystkie żale, wszystkie zarzuty wobec Kościoła, wątpliwości, kim był lub nie był Jezus, całą wściekłość na zakonnice, Kościół i Boga. Czy istnieje takie miejsce jak otchłań? A czyściec? Jak mam uwierzyć, że papież, zwykły człowiek, jest nieomylny? Joe tylko się uśmiechał. Nie miał zamiaru się ze mną kłócić. Zaczekał cierpliwie, aż skończę swoją tyradę.

Powiedział, że zasady, dogmaty i hierarchia kościelna nie mają żadnego znaczenia. Widział moje rozdrażnienie, ale jego ciepłe brązowe oczy rozbłysły tym światłem, które płynie z wnętrza człowieka. Uśmiechnął się jak zakochany mężczyzna.

– Posłuchaj… W ostatecznym rozrachunku Bóg zada ci tylko jedno pytanie: Czy kochałaś? Rozumiesz? Tylko to się liczy. Czy kochałaś?

Koniec dyskusji.

Koniec walki.

Bóg 6. Regina 0.

Rozłożona na łopatki. Przez miłość.

Sieci społecznościowe

Tagi