Ostatnia wielka nadzieja ludzkości: venturekapitaliści

Cele startupów, które wspiera, są przeróżne: przechwycenie asteroidy i jej wysadzenie, wydłużenie życia człowieka, powrót ciemnego nieba poza dużymi miastami, dzięki wykorzystaniu dronów itd.

„Mogę stracić wszystkie pieniądze, ale cel to spróbować stworzyć lepszy świat” - mówi Johnson, który zdobył majątek, założywszy i sprzedawszy Braintree – firmę zajmującą się internetowymi płatnościami.

Ponieważ zasila swój fundusz tylko własnymi pieniędzmi, niektórzy mogą uznać, że to nie jest venture capital (VC) – wypróbowany system sekurytyzacji inwestycji w ryzykowne startupy, aby mogły się w nie angażować osoby z przeciętną tolerancją dla porażki.

Jesteśmy w krytycznym punkcie dziejów człowieka – uważa Johnson i luźna wspólnota bogatych miliarderów z branży technologicznej, z którymi czasami razem inwestuje, w tym Richard Branson, Peter Thiel, Bill Gates, Elon Musk i Larry Page. Wybierzcie powód: wzrost populacji ludzi z 7 mld do 11 mld w 2050 r., prace nad kodem genetycznym, nowe, straszne epidemie, sztuczna inteligencja itd.

Jest to również decydujący moment, jeśli chodzi o naszą gotowość do finansowania ryzykownej drogi do kolejnej „wielkiej rzeczy”. W porównaniu z niemal każdym momentem XX w., zaangażowanie Ameryki w tworzenie prawdziwie przełomowych innowacji jest bowiem tylko letnie.

Całkowite wydatki rządu na badania i rozwój (R&D), jako procent PKB USA, są w stagnacji od lat 60. Najgorzej, że gwałtownie spadł udział w nich wydatków na badania podstawowe, które tradycyjnie były finansowane przez państwo i dały nam np. internet. Dziś stanowią ledwie 1/3 wydatków publicznych na R&D, a resztę opłaca sektor prywatny. W latach 60. proporcja była odwrotna.

Dla przełomowych innowacji to niedobrze. Firmy zwykle naciskają na rozwój, w opozycji do badań, co oznacza komercjalizację istniejących już technologii.

To nie jest przytyk dla rządu. Przeciwnie, cieszmy się, że biznes finansuje dziś tyle R&D, a niektórzy, jak Google, nawet badania podstawowe. Ale gdy rząd ogranicza swoje wydatki, generalnie – robią to także wielkie firmy. Oto, gdzie VC może wkroczyć, o ile zechce finansować odpowiednie startupy.

Duża część badań podstawowych w biznesie ma dziś bowiem miejsce właśnie w startupach, które spółki technologiczne połykają, gdy tylko nadarzy się okazja. Przejęcia są nowym sposobem na R&D i rozwój personelu. Sukces VC to kwestia zarządzania ryzykiem, dlatego firmy VC inwestują w przedsięwzięcia, które, ich zdaniem, będą najszybciej, jak się da, opłacalne albo przynajmniej warte akwizycji.

Ich apetyt na startupy pracujące na ambitnymi, długoterminowymi projektami (jak w przypadku badań podstawowych) jest więc niewielki. Szkoda. Johnson ma na to swój sposób: uczynienie „szalonych” projektów opłacalnymi, zwykle poprzez małe zakłady, gdzie stawką jest parę mln dol. Przez „opłacalne” rozumie interesujące dla inwestorów z większą awersją do ryzyka.

Jedna z jego firm to Human Longevity, „szalona” w swej ambicji sekwencjonowania 100 000 pełnych ludzkich genomów rocznie. Związane z nią zakłady są liczne, ale sprowadzają się do postawienia na to, iż wystarczająco dużo danych pozwoli rozwikłać kwestię, czy w indywidualnych genomach znajduje się klucz do terapii medycznych, które do każdego z nas dostosowywałyby komputery, a nie lekarze.

 

Na podst. Humanity’s Last Great Hope: Venture Capitalists, Christopher Mims, The Wall Street Journal

Zdjęcie: FRANCISCO GUASCO/European Pressphoto Agency

Sieci społecznościowe

Tagi