Plany dotyczące zmian klimatycznych trzeba sprowadzić na ziemię

Administracja Obamy wprowadza wiele rozwiązań, aby ograniczyć emisje CO2 i ograniczyć zmiany klimatyczne. Czy te środki mogą zadziałać? Prosta arytmetyka podpowiada, że nie.

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej, w 2012 r. światowe emisje sięgnęły przeszło 31 gigaton. Chiny były odpowiedzialne za 1/4 wyemitowanego CO2, a USA – za 1/6.

Chiny, Indie i inne kraje rozwijające się twierdzą, że powinno im się pozwolić na zwiększenie emisji, ponieważ potrzebują intensywniejszego wzrostu gospodarczego. Ponadto, nie są odpowiedzialne za wcześniejsze emisje, a ilość zanieczyszczeń generowanych przez USA,w przeliczeniu na głowę mieszkańca, jest wyższa.

Te argumenty nie są bezpodstawne, lecz nie można zapominać o realiach. W latach 2002-2012 ilość CO2 wytwarzanego przez Chiny rosła średnio o 8,6% rocznie. Jeśli Państwo Środka utrzyma to tempo przez najbliższe 27 lat, aż osiągnie taki sam PKB na głowę, jak Ameryka, w samym tylko 2041 r. uwolni do atmosfery 99 gigaton CO2. To trzy razy tyle, ile dziś wynosi emisja ogólnoświatowa.

Czy jest szansa, by do 2030 r. ograniczyć emisje do 30-50 gigaton, jak tego chcą klimatolodzy? Niektóre kraje, jak choćby Szwecja czy Dania, odniosły tu spore sukcesy. Czy USA mogą pójść ich śladem?

Działania mające uspokoić własne sumienie nic nie zmieniają. Istnieje np. moda, by faworyzować lokalnie hodowane warzywa, w celu ograniczenia emisji związanych z transportem. Ale transport nie odpowiada nawet za 5% energii wykorzystywanej w całym cyklu życia produktu. Większość emisji wiąże się z hodowlą. Uprawianie pomidorów w szklarniach w Illinois, zamiast sprowadzać je z ciepłej Florydy, to kiepska strategia ograniczania zanieczyszczeń.

Nawet gdyby USA całkowicie wyeliminowały emisje związane z transportem, w skali globalnej, ilość uwalnianego CO2 nadal by rosła, ponieważ nie wystarczyłoby to, aby zniwelować zwiększanie emisji w innych częściach świata.

Na niekorzyść zmian w technologii energetycznej przemawia rachunek ekonomiczny. Węgiel jest tani. Przerzucenie się na gaz ziemny pomogłoby, ale nie na tyle, by powstrzymać świat od przekroczenia „bezpiecznego” poziomu zanieczyszczeń. Dopóki nie zyskamy dostępu do ekonomicznego, niskowęglowego źródła energii, trudno sobie wyobrazić, by państwa, zwłaszcza rozwijające się, zechciały pozyskiwać energię wyższym kosztem tylko po to, żeby ograniczyć emisje.

Wysokie podatki węglowe mogłyby zachęcić do porzucenia nieekologicznych rozwiązań, ale są niepożądane, bo negatywnie wpływają na gospodarkę. Badania i rozwój nowych technologii mogą być warte zachodu, lecz często okazują się marnotrawstwem pieniędzy.

Biorąc pod uwagę te ograniczenia, widać, jak ważne jest opracowanie sposobów na przystosowanie się do zmian klimatycznych. Takie organizacje, jak Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu przy ONZ, promują adaptację jako strategię uzupełniającą plan redukcji emisji. Jednak niewiele się o tym mówi, a administracja Obamy nie zwróciła na tę sprawę większej uwagi. Zwolennicy zdecydowanych działań antyemisyjnych zdają się sądzić, że już samo wspomnienie o alternatywie mogłoby zniechęcić ludzi do ponoszenia kosztów ograniczeń.

Matematyka sugeruje, że bez wielkiego wysiłku i sporej dozy szczęścia nie uda nam się osiągnąć tego, czego pragną klimatolodzy. Może więc pora przestać się łudzić i zacząć realistycznie myśleć o tym, co można i trzeba zrobić.

 

Na podst. The Climate Change Agenda Needs to Adapt to Reality, Edward P. Lazear, The Wall Street Journal

Sieci społecznościowe

Tagi