Poradzisz sobie ze wszystkim, co cię spotyka, jeśli skupisz się na chwili obecnej, zamiast wybiegać myślą naprzód

Był w moim życiu taki moment – a właściwie całe lata – kiedy nieznajomi zatrzymywali mnie na ulicy i pytali, czy dobrze się czuję. Chodziłam ze spuszczoną głową i w rozpiętym płaszczu w zimne, śnieżne, wietrzne dni, bez rękawiczek, bez czapki, bez szalika. Wyglądałam tak, jakby świat się ode mnie odwrócił, jakbym nie miała żadnych przyjaciół, jakbym straciła najbliższą osobę. Ludzie przystawali i pytali:

– Ma pani kiepski dzień? Kręciłam głową i odpowiadałam:

– Nie. Mam kiepskie życie.

 I naprawdę tak myślałam. W rzeczywistości nikt nie ma kiepskiego życia. Ani nawet kiepskiego dnia. Co najwyżej kiepski moment. Lata terapii i spotkań grup wsparcia pomogły mi wyjść na prostą, a potem odrodziłam się dzięki wyjazdom rekolekcyjnym.

Dziura w moim sercu, przez którą dotychczas wyciekała cała miłość płynąca od rodziny i przyjaciół, wreszcie mogła się zasklepić. Wtedy na scenie pojawił się mężczyzna moich marzeń. Dostałam więcej miłości, niż mogłam pomieścić w sobie, więc przelałam ją na innych.

 Niemal bez przerwy towarzyszyło mi poczucie, że życie jest piękne. W końcu, po wielu latach ciężkiej pracy, zaczęłam nowy etap. Kochałam życie, a ono kochało mnie. Zrobiłam sobie nawet tablicę marzeń, na której zaplanowałam swoją wymarzoną przyszłość. Nauczanie. Rekolekcje. Książki. Cykliczne felietony publikowane w wielu magazynach. Dzielenie się wszystkim, co otrzymałam od życia.

 I wtedy zachorowałam na raka. Nie muszę chyba dodawać, że nowotworu piersi nie było na mojej tablicy marzeń. Przez chorobę dotknęło mnie długie, przewlekłe cierpienie, które przebiło niemal wszystko, co przeżyłam w przeszłości. Każdego dnia miałam wybór: rozmyślać nad uciążliwościami terapii przeciwnowotworowej albo czerpać radość z samego faktu, że żyję. Nie było mi łatwo. Miałam wrażenie, jakbym zamieszkała w książeczce „Gdzie jest Waldo?”, tylko zamiast szukać dziwnego faceta w pasiastej czapce, próbowałam znaleźć coś pozytywnego w dniu, w którym jedzenie miało metaliczny posmak, zwracałam każdy posiłek, obcy ludzie gapili się na moją łysą głowę, a ja nie poznawałam samej siebie w lustrze.

Terapia nie była taka zła, jak moje podejście. Cierpiałam, bo nie skupiałam się na chwili obecnej. Rozmyślałam o przeszłości, licząc w pamięci wszystkie te dni, kiedy źle się czułam. Potem marnowałam czas na lęk przed przyszłością: następną dawką chemioterapii; efektami ubocznymi, które przyniesie; posiłkami, których nie utrzymam w żołądku; zmęczeniem po naświetlaniach, kiedy chemioterapia się skończy.

Był tylko jeden sposób, żeby to wszystko wytrzymać: przestać rozmyślać o tym, co (dobrego i złego) zdarzyło się wczoraj i co (dobrego i złego) może mnie spotkać jutro. Jedyny moment, w którym warto żyć, to dzień dzisiejszy. Zrozumiałam, że każde dwadzieścia cztery godziny będą do zniesienia, jeśli nie zatruję ich przeszłością i przyszłością.

Mogłam przeżyć jeden dzień z rakiem, jeśli to było wszystko, z czym miałam się zmierzyć. Ignorowanie kalendarza wymagało ode mnie stałej dyscypliny. Musiałam być czujna, żeby wyrzucać z myśli każdy dzień poza tym, który właśnie trwał. Codziennie zaczynałam od nowa. Każdy poranek był jak nowy początek: zapomnij o wczoraj i nawet nie myśl o jutrze.

Po prostu żyj tym, co dzieje się dziś. Tę radę usłyszałam od pewnej starszej kobiety, którą poznałam na rekolekcjach. Każdego ranka, czy budziło ją słońce, deszcz, śnieg czy wiatr, otwierała okno w sypialni, brała głęboki oddech i witała dzień słowami z Psalmu 118: „Oto dzień, który Pan uczynił: radujmy się zeń i weselmy”. Oto on. Oto ten dzień. Nie wczoraj. Nie jutro. Ten dzień. Ja nie otwierałam okna, ale zaczynałam tymi słowami każdy poranek – i wciąż to robię.

Czasami dodaję: „Dziękuję ci, Boże, za kolejny dzień życia. Pozwól mi przeżyć go głęboko, radośnie i w pełni”. Kiedy wyparłam z myśli wszystko poza chwilą obecną, w moim życiu pojawiła się radość. Nie długie godziny ekstazy, ale momenty subtelnej przyjemności, których już nie przegapiałam, rozmyślając o wczoraj albo wypatrując jutra.

Nawet teraz, kiedy terapię mam już dawno za sobą, są dni, kiedy ogarnia mnie lęk. Wkrada się w moje serce i usiłuje zrujnować mi dzień, szepcząc:

– A jeśli rak wróci? A jeśli nie będziesz już mogła pisać? A jeśli stracisz wszystko, co kochasz?

Bywają dni, kiedy nie potrafię się skupić na dwudziestu czterech godzinach naraz, więc przeżywam dzień godzina po godzinie, chwila po chwili. Rozbijam to zadanie, to wyzwanie, ten lęk na małe, mikroskopijne kawałeczki. Potrafię sobie poradzić z odrobiną strachu, depresji, złości, bólu, smutku, samotności, choroby.

Czasem przykładam sobie nawet dłonie do twarzy obok oczu, jak klapki, które zakłada się koniom. W ten sposób przypominam sobie, żeby żyć chwilą obecną. Klapki na oczach sprawiają, że konie koncentrują się na drodze przed sobą. Dzięki nim nie mogą spojrzeć w bok, dlatego nic ich nie przestraszy ani nie zdekoncentruje. Nie widzą, co się zaraz stanie, więc wciąż stawiają kopyto za kopytem i idą naprzód. Zakładam sobie klapki na oczy i mówię do siebie: nie wyglądaj jutra, nie oglądaj się na wczoraj, a potem robię krok za krokiem.

W opowiadaniu A Father’s Story („Historia pewnego ojca”), Andre Dubus napisał: ”Bez trudu zdołasz przetrwać każdy dzień, jeśli potrafisz przetrwać jedną chwilę. Rozpacz to wytwór wyobraźni, która udaje, że przyszłość istnieje i uparcie przewiduje miliony chwil, tysiące dni, czym tak cię wyczerpuje, że nie potrafisz żyć chwilą, która trwa.”

Już nie pozwalam, żeby lęk przed jutrem, poczucie winy lub zadawnione urazy psuły mi dzień. Bóg nie uobecnia się w przeszłości ani w przyszłości. Jahwe znaczy „Jestem, Który Jestem”. On uobecnia się teraz. Kiedy powołam się na tę obecność, jestem w stanie znieść każdą rzecz, którą przynosi dzień.

To wszystko, czego się od nas oczekuje – byśmy żyli chwilą obecną.

 

 

Źródło: Brett Regina, God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours,Wydawnictwo Insignis

 

Sieci społecznościowe

Tagi