Przejęcia wskazują, że stawia się na lepszy zarobek na akcjach, niż na obligacjach

Fundusze hedgingowe i amerykańscy politycy pilnie śledzą rozmowy między dwoma producentami leków: amerykańskim AbbVie i brytyjskim Shire. Inwestorzy powinni zwrócić uwagę na to, jak przejęcie brytyjskiej spółki zostanie sfinansowane.

AbbVie pożycza od JP Morgan 13,5 mld funtów, aby ułatwić sobie zebranie gotówki na transakcję (w sumie potrzebuje 32 mld funtów). Kredyt pomostowy zamierza spłacić, emitując obligacje.

Tak oto, amerykańska firma dołączyła do największego zakładu na świecie: postawiła na to, że akcje będą osiągały lepsze wyniki, niż obligacje.

Emisja obligacji gwałtownie wzrosła po obu stronach Atlantyku. Gdyby spółki inwestowały uzyskane w ten sposób pieniądze w zwiększanie produkcji, byłby to znak, że optymistycznie patrzą w przyszłość. Niestety – w porównaniu do zysków, poziom inwestycji nadal jest niski. Firmy pożyczają pieniądze, aby kupować akcje: własne i cudze.

Jeśli chodzi o AbbVie, logika jest tu oczywista. Koszt finansowania pomostowego to podstawowa stopa procentowa plus 0-0,5% - maksymalnie daje to 1%. Jeśli firma Shire nie będzie w stanie zarobić 1% wartości umowy, to nie ma dla niej w biznesie miejsca.

W przypadku innych spółek można znaleźć szersze uzasadnienie: skoro zysk, jako procent ceny akcji, jest wyższy, niż rentowność obligacji (i przewiduje się, że taki stan rzeczy się utrzyma), z finansowego punktu widzenia - sensownie jest emitować obligacje i kupować akcje.

Ta wymiana długu na akcje trwa już od 2010 r. Gospodarka USA może i jest w opłakanym stanie, ale skala przejęć jest taka, jak w czasie boomu. Jeśli tegoroczny trend się utrzyma, do końca roku ich wartość w samych USA sięgnie 1,9 bln dol., bijąc rekordy z 1999 r. i 2007 r. Dla całego świata łączna wartość transakcji może wynieść 3,9 bln dol., ustępując jedynie wynikom z 2006 r. i 2007 r.

Przy obecnej rentowności, sprzedaż obligacji zdaje się krokiem oczywistym. Nawet centralni bankierzy, którzy zachęcali rynki, licząc na to, że część zysków spłynie do realnej gospodarki, zaczęli ostrzegać, że obligacje śmieciowe i lewarowane pożyczki „się pienią”. Inwestujący w akcje też to powinni potraktować jako sygnał alarmowy, gdyż mamy tu do czynienia z działaniem współczesnej wersji wadliwego „modelu Fed”.

W podejściu tym porównuje się rentowność obligacji i rentowność akcji (odwrotność wskaźnika C/Z). Koncepcja jest taka, że inwestorzy mają wybór między obligacjami i akcjami, a wyżej wspomniane wskaźniki dochodu to miara tego, jakich zysków mogą się spodziewać obligatariusze i akcjonariusze.

Może to pomóc w przewidywaniu finansowych zachowań korporacji. Gdy, w czasie bańki internetowej, akcje były drogie, dyrektorzy chętnie je sprzedawali, a umowy finansowali poprzez emisję udziałów. Za to kiedy w 2006 i 2007 r. model wskazywał na to, że obligacje są zbyt drogie w stosunku do akcji, spółki zaczęły emitować dług, aby finansować odkup akcji i przejęcia. Dziś dług wygląda jeszcze bardziej atrakcyjnie, niż podczas bańki kredytowej.

Jednak model Fed ma poważne wady. Teoretycznie, porównywanie stałych, nominalnych rentowności obligacji ze zmienną rentownością akcji nie ma sensu. Również w praktyce był to zwykle słaby wskaźnik.

Lecz jeśli spółki będę nadal z niego korzystać, będzie to miało znaczenie. Od lat są one największymi nabywcami amerykańskich akcji, przez co wspierają giełdę. Nastawiając się na kupowanie akcji, będą w stanie przez jakiś czas utrzymywać ceny w górze, mimo że niskie inwestycje szkodzą długoterminowym perspektywom zysków. Podobnie jak w latach 2006-2007, będzie to zjawisko raczej chwilowe.

 

 

Na podst. Takeover deals highlight bets on equities outperforming bonds, James Mackintosh, The Financial Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi