Przypadek mężczyzny, który uważał, że jest zbyt wielkim optymistą

Być może najlepszą praktyczną ilustracją tych myśli będzie historia pewnego człowieka, którego spotkałem na konferencji handlowej w Denver. W swoim porannym wykładzie starałem się dokładnie pokazać, jak można powiązać optymizm z trzeźwym realizmem – jest to zresztą główny materiał zawarty w tej książce. Witając zebranych na sali, zauważyłem jakiegoś mężczyznę sprawiającego wrażenie niezrównoważonego. Gdy wszyscy wyszli, człowiek ten podszedł do mnie i prawie wyzywająco powiedział:

“Nie zgadzam się prawie z niczym, co pan powiedział dziś rano, doktorze. Mój problem polega na tym, że ja zawsze byłem zbyt wielkim optymistą i ponieważ ufałem ludziom, teraz dostaję po głowie”. Zapytałem, czy pozwoli się zaprosić na lunch. Zamówił pierwszy z kilku drinków i zatopił się w smutnej, gniewnej opowieści. Był jednym z bardziej cenionych akwizytorów w swoim rejonie, dopóki przed dwoma laty nie opuściła go żona. Od tamtej pory ciągają się po sądach, kłócąc się o alimenty i opiekę nad dziećmi. Jego starsza córka nie chce z nim rozmawiać, a on sam jest tak załamany, że prawie nie może już pracować.

– Jedno, czego pragnę, to już zakończyć wreszcie sprawę rozwodową – powiedział.

– A dalej nie obchodzi mnie już nic, co się stanie. Starałem się znaleźć w jego życiu coś, na czym by można zacząć budować.

Zapytałem go o klientów: – Jesteś dobrym sprzedawcą. Z pewnością masz wielu przyjaciół wśród klientów? – Nie, ich interesuje tylko to, co mogą ode mnie dostać, zresztą jak wszystkich innych.

– A twoja firma, twój szef? – Oni też mają wszystko w nosie – odparł. – Jestem prawie na wylocie i, mówiąc szczerze, wcale nie dbam o to, czy mnie zwolnią. Byłoby to pewnie na nie korzyść mojej żony, bo nie mógłbym płacić alimentów. Zaczynałem podejrzewać, że ten człowiek nigdy nie był zbyt wielkim optymistą. Miał najczarniejsze poglądy ze wszystkich ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem. Byłem jednak pewny, że musi być w nim ukryty choć cień nadziei.

– Czy wciąż kochasz swoją żonę? – spytałem.

– Tak – odparł szybko. – Czy jesteś pewny, że ona chce rozwodu?

– Powiedziała, że wróciłaby do mnie, gdybym przestał pić i poddał się leczeniu, ale może to tylko kolejna zagrywka, żeby jeszcze mocniej mnie zranić. Poza tym nie wierzę w żadne leczenie. Nawet nie wiem, dlaczego z panem rozmawiam. Ja też nie wiedziałem, ale stało się absolutnie jasne, że jego sytuacja jest bardziej obiecująca niż sam to przyznał. Rozmawialiśmy prawie całe popołudnie o różnych możliwościach, o tym, że nie jest tak bardzo zgnębiony, jak mu się wydaje i o tym, jak mógłby poprawić swoje nastawienie przy pomocy prostych, sprawdzonych metod. Powiedziałem mu, że mimo iż nikt nie może być pewny, czy jego małżeństwo da się jeszcze uratować, może spróbować wprowadzić w swoje życie kilka zmian. Gdyby tylko uczynił kilka małych kroków we właściwym kierunku, całkowity efekt mógłby być zadziwiający. Gdy się żegnaliśmy poprosił o adres poradni małżeńskiej w jego mieście. Nie widzieliśmy się już później, ale czasami rozmawiamy ze sobą przez telefon i co roku z niecierpliwością oczekuję jego bożonarodzeniowych życzeń, gdyż zawsze zawierają one nowy obraz jego rodziny. Po kilku nieudanych próbach udało mu się pogodzić ze swoją żoną. Chodzi na spotkania “Anonimowych alkoholików”, bierze czynny udział w życiu swego parafialnego kościoła, a w zeszłym roku był najlepiej zarabiającym akwizytorem w całej swojej firmie...

 

Źródło: Alan Loy McGinnis, Potęga optymizmu, Wydawnictwo Palabra

Sieci społecznościowe

Tagi