Ratując globalizację przed nią samą

Tekst nosił tytuł „Globalizacja rynków” („The Globalization of Markets”), a szczególnie proroczy był jego ostatni rozdział, „Ziemia jest płaska”: „Historyczna przeszłość i różnice narodowościowe, związane z handlem i przemysłem (…), mogą obecnie zostać poddane stosunkowo łatwej transformacji”. Sześć lat później padła ostatnia, symboliczna bariera na drodze ku tej „łatwej transformacji”, zaś globalizacja przestała mieć charakter korporacyjny i zyskała status dominującej postawy intelektualnej.

Upadek Muru Berlińskiego był wymarzonym dowodem na słuszność teorii „końca historii”, stworzonej przez Francisa Fukuyamę, który, tak jak Levitt, był wytworem amerykańskiej wielokulturowości. Twierdził, że ludzkość doszła do szczytu swej ideologicznej ewolucji, czyli procesu uniwersalizacji zasad zachodniej, liberalnej demokracji. Ówczesne czasy sprzyjały takiej wizji świata: coraz bardziej demokratycznego, zamożnego i „zachodniego”.

Dorobku globalizacji nie wolno i nie powinno się ignorować. Dzięki otwarciu się rynków, miliardy ludzi z krajów rozwijających się wyszły z biedy. A państwa Europy, niegdyś wstrząsane wojnami, handlują teraz ze sobą, płacąc wspólną walutą.

Jednak 1989 r. nie do końca rozpoczął erę globalnego dobrobytu i liberalnej demokracji. Imponujący rozwój ekonomiczny miał miejsce głównie w Azji, a dziś najbardziej dynamiczne gospodarki znajdują się w Afryce. Podczas gdy Zachód rozwija się w ledwo dostrzegalnym tempie, ci, którzy unikali liberalnych wartości – kwitną.

Jednocześnie, w Europie swoją pozycję stopniowo odzyskuje nacjonalizm. W krajach, gdzie płace stanęły w miejscu, wyborcy z klasy średniej postrzegają imigrację jako zagrożenie. Do tego dochodzą sankcje, przez które handel międzynarodowy robi się „zmilitaryzowany”. 40 lat po embargu na ropę, narzędziem geopolitycznym stał się gaz.

Co poszło nie tak z globalizacją? Na Zachodzie ponieśliśmy porażkę w trzech istotnych sprawach. Po pierwsze, nie doceniliśmy tego, jak swobodniejszy przepływ kapitału i ludzi będzie oddziaływać w wymiarze społeczno-politycznym i ekonomicznym. Zgoda, dobrobyt potrafi łagodzić uprzedzenia, a imigracja jest na dłuższą metę korzystna. Nie wiemy jednak, jak radzić sobie z lokalnymi skutkami czy nasilaniem się ksenofobii u tych, którzy czują się wykluczeni.

Po drugie, nie rozumieliśmy istoty narodzin nowych tożsamości narodowych i religijnych. Zrzuciwszy skórę komunisty czy kapitalisty, sądziliśmy, że zyskujemy nową, bardziej wyzwoloną tożsamość – wszyscy będziemy Europejczykami, oświeconymi obywatelami świata, którzy porzucili dawne podziały. Ale okazuje się, że dawne różnice – narodowe czy ideologiczne – odradzają się.

Po trzecie, nie przebudowaliśmy instytucji międzynarodowych tak, aby lepiej odzwierciedlały zmiany w globalnej równowadze sił ekonomicznych. System stworzony po II wojnie światowej nie zaadaptował się do tego, co przyniosły kolejne dekady. Wschodzącym potęgom gospodarczym odmawia się głosu, a niewydolne instytucje muszą się zmagać z nowymi kryzysami.

Bądźmy zatem realistami. Przyznajmy się do swoich obaw i nie ignorujmy ich. Taki jest nowy, globalny kontekst, który będzie w styczniu omawiany w Davos. W XXI w. pozbyliśmy się starych podziałów ideologicznych, lecz na ich miejsce nie znaleźliśmy nowego konsensusu.

 

Na podst. Saving Globalization From Itself, Adrian Monck, The Wall Street Journal

 

Sieci społecznościowe

Tagi