Rok w jednym słowie: selfie

Termin ten oddaje to, czym jesteś w erze cyfrowej: tym, co właśnie robisz.

(rzeczownik) – fotograficzny autoportret, zrobiony za pomocą przenośnego gadżetu.

Rzeczowniki związane z fotografią często funkcjonują również jako czasowniki (w języku angielskim – od tłum.). Od trzasku i trzaskać (snap – „fotka”), przez strzał i strzelać (shot – „strzelić fotkę”), kadr i kadrować (frame) po słowo określające samą fotografię i czynność fotografowania (photograph). Jeśli selfie, oficjalnie mianowane przez „Oxford English Dictionary” słowem roku 2013, podąża tym śladem, to jako czasownik oznacza „strzelić sobie samemu fotkę przy pomocy telefonu”.

Często okazuje się to strzałem w stopę. Spytajcie Baracka Obamę, przyłapanego na nierozważnym selfie razem z Davidem Cameronem i duńską premier Helle Thorning-Schmidt podczas uroczystości żałobnych na ku czci Nelsona Mandeli. W kilka tygodni po ukoronowaniu przez Słownik, selfie zrobiło zawrotną karierę w mediach, jakby neologizm (self znaczy „moje ja”) zlał się w jedno z kulturą narcyzmu, do której się ponoć odnosi.

Jednak Barack Obama zwyczajnie poszedł w ślady swoich dzieci. W styczniu jego córki, Malia i Sasha, zostały sfotografowane, kiedy robiły zdjęcia samym sobie, podczas uroczystości inauguracyjnych ojca.

Fenomen selfie jest nieuchronnym następstwem przekształcenia się symboli epoki cyfrowej – ekranów – w lustra. Do iPhone’a 4, wprowadzonego na rynek w 2010 r., dołączono dodatkowy obiektyw, który miał służyć do prowadzenia rozmów wideo poprzez takie aplikacje, jak Skype czy FaceTime. Już wcześniej używano aparatów cyfrowych i komórek do robienia sobie autoportretów, lecz obiektyw nad ekranem uczynił tę czynność bardziej intuicyjną. Dał również większą kontrolę nad kompozycją obrazu.

Nic dziwnego, że selfie stały się bardzo popularne wśród celebrytów, takich jak Justin Bieber czy Rihanna. Regularnie zamieszczając je w internecie, można oderwać swój wizerunek od nietwarzowych zdjęć, w których lubują się paparazzi. Zaś dzięki „lajkowaniu” na Facebooku, Twitterze czy Snapchacie wszyscy jesteśmy teraz półcelebrytami. Możliwe, że nasza społeczna osobowość zawsze podlegała kreacji, ale jeszcze bardziej podlega jej w formie cyfrowej.

Idealne selfie to nie tylko korzystne ujęcie. To również starannie wypracowana niedbałość albo to udawane, ironiczne niezadowolenie.

Jednak za selfie kryje się coś więcej, niż spektakl i tworzenie wizerunku. Równie kluczowa jest natychmiastowość. W sieci możemy zmienić lub nawet zbudować na nowo każdy fragment nas samych – poczynając od osobowości i profesji, a kończąc na płci, pochodzeniu etnicznym i imieniu. Pośród tej darmowej sztuczności, prawdziwa tożsamość coraz bardziej związana jest nie z tym, kim jesteśmy i co robimy, a z tym, co robimy tu i teraz. Jeśli nie chcemy zamieszczać wpisów na Twitterze i wysyłać zdjęć, w zasadzie rezygnujemy z istnienia. Zatem, choć selfie może się wydawać przejawem narcyzmu, nie tyle narcyzm jest tu motywacją, ile nasz cyfrowy, egzystencjalny niepokój. 

 

Na podst. A year in a word: Selfie, Gautam Malkani, The Financial Times

Sieci społecznościowe

Tagi