Sekret efektywności? Antylista rzeczy do zrobienia

Ten problem rozwiązała antylista rzeczy do zrobienia. Stała się moim codziennym nawykiem, a ja poczułem się dużo bardziej produktywny.

Teraz nie mam po prostu „spisu na dziś”. Mam dwa spisy, bo odnotowuję też postępy z danego dnia, których nie było na liście rzeczy do zrobienia.

To, czego nie było w planie, spisuję na bieżąco i odhaczam punkty, które udało się zrealizować. Daje mi to poczucie spełnienia, usuwa frustrację, że coś (choćby nie wiem jak ważnego) nieoczekiwanie weszło mi w paradę, i pomaga mi być efektywnym przez cały tydzień.

Jasne, powinniśmy być proaktywni, jeśli chcemy posuwać się do przodu, ale te nieoczekiwane zdarzenia to przecież codzienność.

Przestałem być po prostu „popychającym sprawy do przodu”. Stałem się bardziej menedżerem harmonogramu czy planu (np. więcej czasu poświęcam kwestii tego, kogo zatrudniam).

Jedną z najważniejszych rzeczy w tym wszystkim jest to, że blokuję teraz ludzi dorzucających mi pracę, której potrzebuję unikać. Nie chodzi o to, by w firmie być „wąskim gardłem”. Należy po prostu sprawić, by nie było takich osób, które wiecznie czekają na ciebie, zanim podejmą kolejne działania związane z projektem. Inaczej traci się „dźwignię”, jaką powinien oferować zespół.

W efekcie, mój dzień wypełniają rzeczy, których nie było na liście do zrobienia, a które zdecydowanie pomagają mojej firmie. Inny świetny efekt uboczny: gdy jest taki natłok niezaplanowanych spraw, że nie mogę zrealizować swej listy do zrobienia, mogę ją zestawić z antylistą i z obu wybrać najbardziej proaktywne priorytety.

Myślę, że w tym wszystkim chodzi o znalezienie równowagi i dwie listy znakomicie to ułatwiają.

 

Na podst. Why An Anti To-Do List Might Be The Secret To Productivity, Joel Gascoigne, Fast Company

Sieci społecznościowe

Tagi