Skąd się biorą parki?

W Krakowie pojawią się pierwszy raz od jakichś 30 lat nowe parki. Od razu dwa! Jeden będzie miał 1,5 ha, drugi na razie trudno powiedzieć. Całe 1,5 hektara! Niewielki przecież Park Krakowski ma hektarów pięć…

Mowa o parku Ogrody Łobzów i parku na Woli Duchackiej. Wyłożenie na nie pieniędzy (w przypadku tego pierwszego ok. 2 mln zł, drugiego w okolicach 5 mln) i zorganizowanie całego procesu tworzenia tych parków przypomina gotowanie wody na starej butli, wysoko w górach przy dużym wietrze – prędzej czy później ma się ochotę rzucić sprzęt w przepaść i zjeść batona. Dość wspomnieć, że zarezerwowanie w budżecie miasta 2 mln na Łobzów jest uważane za niezwykły wyczyn. Dla porównania, budżet Krakowa na rok 2014 wyniósł niecałe 4 mld złotych, z czego ponad 700 mln przeznaczono na inwestycje.

W ciągu ostatniego 25-lecia, ze szczególnym uwzględnieniem ostatniej dekady, powstało w Polsce mnóstwo nowych mieszkań. Na przedmieściach rozlały się bezładnie jak ameby zespoły domków, bliźniaków i szeregowców dających ułudę domu z ogródkiem. Na niezagospodarowanych terenach w samych miastach natomiast zbudowano bloczki, bloki i bloczyska, przy których Ursynów (WWA), Retkinia (LDZ) i Bieżanów (KRK) jawią się jako znakomicie zaplanowane przestrzenie. Żadne polskie miasto, nie mówiąc już o deweloperze, nie pomyślało o tym, żeby gdzieś pomiędzy te nowe budowle wcisnąć zielony kawałek terenu większy od kociej kuwety.

Kurczę, skoro to jest takie trudne, to jak to możliwe, że 100 lat temu za zaborców powstawały jakieś parki w ogóle? Komu się to chciało ogarniać? Wyznaczać? Szukać na to pieniędzy? Rezerwować na to tereny, które przecież 100 lat temu też można było sprzedać z zyskiem? A jak to było możliwe w tym smutaśnym PRL, którego władze przecież dobro obywateli miały na liście priorytetów mniej więcej tam, gdzie polski kierowca ma ograniczenia prędkości? To prześledźmy, skąd, do diaska, w ogóle wzięły się w miastach parki?

Londyński Hyde Park, paryski Lasek Buloński, berliński Tiergarten, gigantyczny monachijski Englischer Park – wiele z tych największych i najbardziej znanych parków Europy zawdzięczamy polowaniom. To były tereny królów i książąt, które ze względu na rozrastające się miasta stopniowo traciły swoje łowieckie znaczenie i gdzieś w okolicach od końca XVII do połowy XIX wieku były „otwierane” dla mieszkańców. Czyli stała za tym konkretna decyzja konkretnego człowieka – dobra, ludzie, ja w przeciwieństwie do moich przodków nie lubię polować, więc macie te drzewa, możecie se tu spacerować, odpoczywać, dziewczynę zaprosić. Ale dobra, powiedzmy, że monarcha miał wówczas jeszcze dużo kasy i sporo władzy, mógł się zdobyć na taki gest, bo potem jechał z Paryża do Wersalu albo z Londynu do Windsoru i tereny łowieckie miał dalej, motłoch mógł się gnieść w jakimś tam Hyde Parku.

Zerknijmy więc na starą, dobrą demokrację amerykańską. Otóż najsłynniejszego parku świata, Central Parku, nowojorczycy w planie wcale nie mieli. Kluczowy dla rozwoju tego miasta dokument, słynny Commissioners’ plan z 1811 roku, wytyczył gigantyczną sieć prostopadłych ulic i wymusił dzisiejszy wygląd Manhattanu. Ale ludności zaczęło przybywać w zastraszającym tempie, przez 40 lat jej liczba zwiększyła się czterokrotnie! I wtedy okazało się, że jedyne miejsce, gdzie można odetchnąć i uciec od miejskiego zgiełku, jest, jakkolwiek strasznie by to nie brzmiało, na cmentarzu. Na szczęście wytyczone kwartały Manhattanu nie były jeszcze na dobre zabudowane, więc po kilku latach debaty, w 1853 roku, rada miasta podjęła decyzję, dzięki której dziś, po 150 latach nikt już sobie NYC bez Central Parku nie wyobraża. Choć warto pamiętać, że nie zawsze było różowo i bywały w historii okresy, kiedy park niszczał i był niezbyt ciekawym i bezpiecznym miejscem.

Czas na rzut okiem na Polskę.

Przeanalizowałem, skąd się wzięły parki w pięciu największych polskich miastach. Warszawa, Kraków, Łódź, Poznań i Wrocław. Wnioski są oczywiście ponure. Przez ostatnie 25 lat budowaliśmy wszystko, z wyjątkiem sensownych przestrzeni publicznych. A przestrzeni zielonych zbudowaliśmy w tych pięciu miastach dosłownie kilka.

Otóż tak. Dawno, dawno temu, za kamienicami i murami, władze miast potrafiły KUPIĆ od prywatnej osoby jakiś kawał terenu tylko po to, żeby urządzić w tym miejscu park. Tak, tak, to było możliwe. I wcale nie takie rzadkie. I, o zgrozo, często takich zakupów dokonywano jeszcze za zaborców. A czasem jeszcze wcześniej.

W Warszawie dzięki takim decyzjom mamy na przykład Ogród Krasińskich, który został wykupiony przez państwo w 1765, przy okazji wykupienia pałacu na siedzibę komisji skarbu koronnego. Park udostępniono rok później. Ziemię pod Park Młociński miasto Warszawa wykupiło w 1907 roku, urządzanie parku dokończono już po I wojnie. Kilka parków powstało w 20-leciu międzywojennym – albo z inicjatywy samego prezydenta Stefana Starzyńskiego (Park Dreszera) albo inicjatywy towarzystwa miłośników jakiejś dzielnicy (Park Żeromskiego i Park gen. Sowińskiego). Tjaaaa… dzisiaj towarzystwa miłośników dzielnic mogą sobie co najwyżej ponarzekać na coś w internecie – nie ujmując niczego samym towarzystwom, to raczej społeczeństwo mamy w tej chwili takie, że zrzeszać się nie chce albo nie ma czasu.

Spektakularnym przykład z tej kategorii to także Las Wolski w Krakowie. Położony na wcinających się od zachodu w stronę centrum miasta wzgórzach las został w środku I wojny światowej, w 1917 roku, WYKUPIONY przez miejską instytucję, potężną wówczas Komunalną Kasę Oszczędności Miasta Krakowa. Działała niemal 100 lat (1866-1950) i funkcjonowała mniej więcej jak bank (przyjmowała wkłady oszczędnościowe i udzielała kredytów), ale zyski przeznaczała nie na premie dla prezesów i inwestycje w kredyty sub-prime na drugim krańcu globu, tylko na takie akcje, jak z Laskiem Wolskim. Kasa nie dość, ze wykupiła te 419 hektarów lasu, to jeszcze od razu przekazała go miastu z przeznaczeniem na park ludowy (pięknie służy do dziś). Ta sama kasa wykupiła też z rąk Austriaków Wzgórze Wawelskie. To z takim dużym zamkiem, katedrą i jakąś Smoczą Jamą…

W Poznaniu miasto wykupiło w 1906 r. prywatny od 1870 roku Park Moniuszki, Łódź w 1936 wykupiła spory Park Julianowski od zrujnowanych spadkobierców rodziny Heinzlów…

Innym sposobem na założenie parku było skorzystanie z kawałka ziemi, który już własnością miasta był. Zdarzali się w przeszłości tacy szaleni wizjonerzy, którzy nie myśleli tylko o tym, jak by tu taki teren dobrze sprzedać pod budowę centrum handlowego. Ale wychodzili ludziom naprzeciw, słuchali jakichś tam gości, którzy prawili dyrdymały o czystym powietrzu i zakładali parki na terenach, które do miasta od wieków należały. Niejednokrotnie oficjalne założenie parku sankcjonowało status quo – teren tak czy inaczej był przez mieszkańców użytkowany jako teren rekreacyjny. Tak było chociażby w przypadku ogromnych, pięknych parków łódzkich – Parku Poniatowskiego i Parku na Zdrowiu (oba wyznaczone pod koniec zaborów), a w Krakowie Parku Lotników (lata 60. XX wieku – park miał oddzielić nowohucki kombinat od starej części miasta).

Sporo parków, zwłaszcza tych położonych w ścisłych centrach miast, zawdzięczamy miejskim fortyfikacjom. Od początku XIX wieku średniowieczne mury obronne przestawały pełnić swoją pierwotną obronną funkcję. Albo je rozbierano, albo zaniedbane same się rozpadały i nagle okazywało się, że otwiera się dzięki temu jakaś przestrzeń do zagospodarowania. No i, o dziwo, nie zagospodarowywano tej przestrzeni budową kamienic pod wynajem, tylko porządkowano, sadzono drzewa, wytyczano alejki i stawiano parę ławek. Dzięki takim decyzjom władz polskich miast sprzed 150-200 lat, mamy dziś w Krakowie okalające całe Stare Miasto Planty, we Wrocławiu Promenadę Staromiejską, Park Słowackiego i Park Kopernika, w Poznaniu Parki Mickiewicza, Cytadelę, i Park Marcinkowskiego, a w Warszawie Park Traugutta. Ktoś sobie w ogóle umie dziś wyobrazić Kraków bez Plant?!?!

Są też parki, które zawdzięczamy jakimś świrom-wizjonerom. Uwalili sobie w głowach, że jakiś teren się super nada pod park, chodzili, kombinowali, zbierali pieniądze, krok po kroku realizowali pomysł i dopinali swego. Pewnie w każdym większym mieście co najmniej jeden taki się kiedyś znalazł. Co najmniej jednego wszyscy znają jako przodka koszykarza wszech czasów J. Czyli doktora Henryka Jordana. Park, nazwany później jego imieniem, powstał w 1889 roku na terenach krajowej wystawy rolniczo-przemysłowej z 1887 roku. Najpierw Jordan przekonał komitet organizujący wystawę do częściowego zagospodarowania terenu na zieleń publiczną, potem z projektantem Bolesławem Maleckim ogarniali sobie temat dalej. Z dzisiejszego punktu widzenia (przetargi, kryterium najniższej ceny, jakieś chińsko-macedońskie konsorcja) niewiarygodne wydaje się to, że zasadniczą część parku wykonano w rok. Powstały alejki, boiska i zasadzono kilkadziesiąt tysięcy drzewek podarowanych przez księcia Adama Lubomirskiego z Niżyńca. Żeby było jeszcze ciekawiej, Jordan dostał takiej zajawki, że organizował w parku CODZIENNE zajęcia sportowo-gimnastyczne dla młodzieży. To był wówczas wzór dla całej europy i od tej działalności wzięło się pojęcie ogródka jordanowskiego. I to dzięki Jordanowi wprowadzono do szkół lekcje w-f.

Warto też pamiętać o pewnym świrze-wizjonerze z Poznania. Władysław Czarnecki miał życiorys z epoki herosów, dzisiaj się już takiego (i oby to się nie zmieniło) mieć nie da. Urodzony we Lwowie, w I wojnie jako dwudziestolatek walczy po stronie Austro-Węgier, trafia na pięć lat na Syberię. Wraca, kończy studia, startuje w konkursie na architekta miejskiego Poznania, wygrywa, bierze żonę ze sobą i tam się przenosi. II wojna to walka w armii „Poznań”, potem w Brygadzie Karpackiej, do 1947 w Szkocji. I gościu wraca do stalinizującej się ostatecznie Polski i dalej ogarnia planowanie i urbanistykę tego Poznania. Umiera w 1983 roku, w wieku 88 lat…

Dobra, biografie takich ludzi mnie nieodmiennie rozbrajają, musiałem dać temu wyraz. Do rzeczy. Otóż Czarnecki wymyślił sobie tzw. kliny zieleni. Planując rozwój przestrzenny miasta wykorzystał istniejące lasy i cieki wodne żeby stworzyć cztery duże napowietrzające miasto kliny zielonych, niezagospodarowanych terenów, biegnących z każdej strony świata prosto do centrum. I w latach 30. wprowadził swój pomysł w życie. Pomimo gwałtownego rozwoju Poznania w PRL i dalszego rozwoju po 1989 roku, cztery duże pasy zieleni wciąż doskonale widać na mapie stolicy Wielkopolski. Aha, Czarnecki pomyślał nie tylko o samej zieleni, ale także o ścieżkach turystycznych i, no świr kompletny, mówię wam, o drogach rowerowych. W latach 30-stych!

Ale na miano świrów, z dzisiejszego punktu widzenia, zasługują także tacy, którzy, mając pieniądze albo ziemię, albo i jedno i drugie, sami z siebie przeznaczali swoje bogactwo na przestrzeń publiczną. Sami uznawali, że skoro mają taki fajny kawał lasu w mieście, to się nim podzielą i wpuszczą do niego ludzi na spacery. Stawiali ławki, robili jakieś stawy, organizowali letnie koncerty. Niektórzy próbowali coś na tym nawet zarobić – stawiali teatry, kawiarnie, restauracje, organizowali różnorakie płatne rozrywki. I zdecydowana większość ich dziedzictwa przetrwała do dziś właśnie w postaci ogólnodostępnych parków.

W Krakowie takim świrem był Stanisław Rehman – radny i cukiernik, który na ówczesnych przedmieściach wydzierżawił teren od wojska, zainwestował w sadzawkę, teatr letni, lodowisko i łódeczki, postawił kawiarnię i restaurację i zorganizował w ten sposób jedno z najchętniej odwiedzanych przez krakowian miejsc na przełomie XIX i XX wieku.

We Wrocławiu jeszcze lepszy był niemiecki Żyd Julius Shottlander. Kupiec, który dorobił się na kontraktach z pruską armią, w 1877 r. PODAROWAŁ miastu teren, na którym od podstaw urządzono 25-hektarowy park (dla porównania dodam, że park powyżej 10 ha pomiędzy ścisłą zabudową możemy uznać za duży). Dziś jest to Park Południowy.

Poznań zawdzięcza Maltę m.in. Józefowi Mycielskiemu, który na przełomie XIX i XX wieku chętnie udostępniał swoje tereny do wykorzystywania ich na spotkania patriotycznie rozentuzjazmowanej wówczas młodzieży. Tuż po odzyskaniu niepodległości miasto podjęło decyzję o budowie parku na terenach Mycielskiego w połączeniu z ziemią po zakonie joannitów. Po II wojnie spiętrzono rzekę Cybinę i powstał znany dziś zalew.

Warszawa miała mniej szczęścia – w tym sensie, że nie wszystkie prywatne parki przetrwały wojenną zawieruchę. Nie ma już Ogrodów Ulrychów ani Doliny Szwajcarskiej, ale jest Park Kaskada i jest Park Kultury w Powsinie, powstały dzięki oddaniu Warszawie ziemi (z przeznaczeniem na park) przez akcjonariuszy Polskiego Country Clubu w 1952 r. (tak, wiem, że data budzi słuszne polityczne podejrzenia, ale szczegółów transakcji nie znam).

Jak na tle tego wszystkiego wygląda ostatnie 25-lecie? Dramatycznie źle. Przekazanie przez jakiegoś bogatego biznesmena ziemi pod park zaowocowałoby prawdopodobnie podejrzeniem u niego choroby psychicznej i gwałtownym spadkiem cen akcji na giełdzie. Miasta chętniej tereny sprzedają niż kupują, wyłożenie kilkudziesięciu milionów złotych na nieruchomość tylko po to, żeby posadzić tam drzewa i dalej łożyć na jej utrzymanie wydaje się być szczytem niegospodarności. Kraków chwali się ogarniętym już w wolnej Polsce Parkiem Dębnickim zapominając, że teren pod jego stworzenie dostał 100 lat temu od rodziny Lasockich. Wrocław dumnie założył sobie 15 lat temu budowę Parku Tysiąclecia i do dziś do końca jej nie doprowadził, bo fajniejsze są przecież mecze na Euro 2012 i wrzucenie 8 mln złotych do kieszeni związku siatkówki, żeby na Dolnym Śląsku zagrała polska kadra. W Warszawie są dwie jaskółki – powstałe już w latach 2000 parki Nad Balatonem i Zachodni. Oba mają razem 16 ha. W dużych miastach tyle, szanowna III i IV i znowu III Rzeczpospolito.

Parki nie biorą się znikąd. Za powstaniem każdego z nich stała decyzja i wysiłek konkretnych ludzi. Halo, prezydenci, burmistrzowie, bogaci biznesmeni! Nie wstyd wam?!?

 

Źródło: Teren Zabudowany

Zdjęcie: © Depositphotos.com/WDGPhoto

Sieci społecznościowe

Tagi