Spełnij czyjeś marzenie

Nigdy nie jest za późno, żeby odmienić czyjś los. Sześćdziesiąt lat temu Leonard Czartoryski miał zaplanowane całe życie. Zamierzał zostać dentystą. Podczas II wojny światowej trzy lata służył w marynarce wojennej jako strzelec samolotowy, a potem wrócił do domu i dzięki ustawie o prawach żołnierskich poszedł na studia. Zapisał się na Uniwersytet John Carroll latem 1946 roku. Jego żona Joanne wychowywała czwórkę dzieci, a on pracował za dnia i studiował wieczorami. Kiedy aplikował do szkół dentystycznych, narzekano na jego skomplikowane nazwisko. Czartoryski brzmiało zbyt obco. Bo kto umówiłby się na wizytę do polskiego dentysty? Przeszkadzały mu te docinki, ale go nie powstrzymały. Kupił sobie pierścień upamiętniający zakończenie studiów przez rocznik 1956. Lśniący złocisty krążek miał wygrawerowany napis „John Carroll University”. Leonard nosił go z dumą, mimo że na ukończenie wszystkich zajęć musiał przecież jeszcze poczekać. Wreszcie złożył ostatnią pracę i został mu do zaliczenia jeden egzamin. W dniu testu w Cleveland rozszalała się śnieżyca i Leonard nie mógł dotrzeć na uczelnię. Zaspy były zbyt głębokie, a wiatr – za silny. Egzaminator nie uwierzył w wyjaśnienia studenta, śmiał się z jego polskich korzeni, a na koniec zawyrokował, że Leonard musi powtórzyć cały kurs. Leonard nie mógł się z tym pogodzić. Nie należał do ludzi, którzy zakwestionowaliby autorytet nauczyciela. Był rok 1956, dzieci imigrantów godziły się na swój los. Zrezygnowany Leonard rzucił studia. Zdjął swój pierścień. Zmienił nawet nazwisko i z Czartoryskiego stał się Cartorem, żeby ochronić swoje dzieci przed uprzedzeniami, na które byłyby narażone, nosząc tak nacechowane etnicznie nazwisko. Przez kolejnych trzydzieści lat Leonard pracował w firmie Lincoln Electric. Wychował trzech synów i córkę. Dorastając, jego dzieci słuchały historii o tym, jak tata prawie ukończył studia. W 1985 roku przeszedł na emeryturę i przeprowadził się do Port Charlotte na Florydzie. Miał osiemdziesiąt pięć lat, ale wciąż nie dawało mu spokoju niespełnione marzenie. Któregoś dnia jego syn, Tom, opowiedział historię o nieukończonych studiach taty swojej przyjaciółce, Margaret Lahner. Jego opowieść tak ją poruszyła, że napisała do Roberta Niehoffa, rektora Uniwersytetu John Carroll, i poprosiła uczelnię o przyznanie panu Cartorowi doktoratu honoris causa. Tom nie powiedział o tym tacie. Nie chciał mu robić nadziei. Leonard nie zaliczył wszystkich zajęć potrzebnych do uzyskania dyplomu studiów medycznych, ale Beth Martin, zastępczyni dziekana wydziału nauk humanistycznych i ścisłych, porównała jego indeks z katalogami z lat 1949–1956 i odkryła, że Leonard mógł zdobyć dyplom z socjologii. Tom zadzwonił do mamy. Nie chciał mówić o tym tacie przez telefon. Bał się, że wstrząs wywoła u niego drugi atak serca. Kiedy powiedział: „Uniwersytet John Carroll chce dać tacie dyplom”, jego mama się rozpłakała. Gdy Leonard usłyszał tę wspaniałą nowinę, zaniemówił z wrażenia. Poszedł do sypialni i otworzył kasetkę z biżuterią. Przez chwilę szperał w stosie spinek do mankietów i szpilek do krawata, prezentów z okazji dziesięciolecia, dwudziestolecia i trzydziestolecia pracy w Lincoln Electric. Wreszcie znalazł to, czego szukał. Złocisty pierścień wciąż lśnił. Nie pasował już na jego palec serdeczny. Po latach zwijania przewodów Leonard miał spuchnięte dłonie o stwardniałej skórze. Dlatego wsunął pierścień na mały palec. Tamtej wiosny, gdy dziewięciuset dziewięćdziesięciu absolwentów ustawiło się w kolejce po dyplom, Leonarda nie było wśród nich. Musiał przyjmować tlen i był zbyt słaby, żeby podróżować. Ale gdy wyczytano „Leonard N. Cartor”, w sekcji dla gości specjalnych na scenie wstał jego syn Rick. Leonard w końcu zdobył dyplom, na który zasłużył ponad pięćdziesiąt lat wcześniej. Mając osiemdziesiąt pięć lat, został absolwentem studiów wyższych. Usłyszano o nim nie tylko na Uniwersytecie John Carroll. Jego historię poznała także inna grupa absolwentów. Denise San Antonio Zeman, przewodnicząca i dyrektor naczelna Fundacji św. Łukasza, przeczytała mój felieton o spełnionym marzeniu Leonarda. Po tej lekturze postanowiła zmienić swoje przemówienie z okazji wręczenia dyplomów w Szkole Medycyny Dentystycznej na Uniwersytecie Case Western Reserve. Opowiedziała rocznikowi 2009, studentom, którzy właśnie zdobyli tytuł doktora nauk medycznych w zakresie stomatologii, o Leonardzie Czartoryskim oraz jego niespełnionym marzeniu sprzed sześćdziesięciu trzech lat o zostaniu dentystą. Denise streściła drogę, jaką przebył Leonard – od służby wojskowej podczas II wojny światowej, przez studia wieczorowe na Uniwersytecie John Carroll, aż po burzę śnieżną i drwiny z jego nazwiska. Powiedziała absolwentom, że ciężko pracował i wychował czworo dzieci, ale nigdy nie spełnił swojego marzenia. Bliscy Leonarda płakali, gdy dowiedzieli się, że każdy absolwent na progu spełnienia swoich ambicji o karierze dentysty usłyszał o ich ojcu. Denise powiedziała absolwentom: Dzisiaj, kiedy wy zdobywacie dyplomy dentystów, syn Leonarda odbiera dyplom Uniwersytetu John Carroll w imieniu swojego ojca, który jest za słaby na podróż. Leonard Cartor ma zbyt spuchnięty palec serdeczny, by wsunąć na niego swój uniwersytecki pierścień, ale nosi go z dumą na małym palcu. Proszę was, rocznik 2009, studentów, którzy spełnili swoje marzenie o byciu dentystą, żebyście przez chwilę zastanowili się nad historią Leonarda Czartoryskiego – historią człowieka, który marzył, żeby stanąć tu, gdzie dziś stoicie, człowieka, którego życie rzuciło w innym kierunku, a który mimo wszystko dziś spełni swoje marzenie i zdobędzie dyplom studiów wyższych. Denise powiedziała absolwentom, że każdy, kogo spotkali przez ostatnie cztery lata, pojawił się na ich drodze z jakiegoś powodu, może na chwilę, a może na całe życie: Być może niektórzy ludzie, których spotkaliście podczas tej podróży, mieli was nauczyć czegoś istotnego. A może to wy znaleźliście się w ich życiu z ważnego powodu. Może ulżyliście w bólu jednemu z pacjentów kliniki albo wywarliście wpływ na jakieś dziecko, wręczając mu pierwszą szczoteczkę do zębów. Mam nadzieję, że gdy ktoś poprosi was o pomoc, będziecie pamiętać, że to wasza szansa, żeby znaleźć się w jego życiu z jakiegoś powodu. Leonard nie został dentystą, ale udało mu się zmienić zakończenie własnej historii. I pojawił się też na początku czyjejś drogi – może na chwilę, a może na całe życie.

Sieci społecznościowe

Tagi