Społeczeństwo szpanerów

To rozróżnienie najbardziej widać, gdy mowa o ubóstwie i bogactwie. Liberałowie skupiają się na stagnacji realnych płac i zaniku miejsc pracy oferujących dochód na poziomie klasy średniej, a także na stałym braku bezpieczeństwa osób bez stabilnego zatrudnienia czy aktywów.

Natomiast dla konserwatystów rzecz sprowadza się do tego, czy ktoś stara się wystarczająco mocno. Ich zdaniem, ludziom wydaje się, że nie muszą porządnie pracować. Mitt Romney uważa, że Amerykanie mają mniejsze dochody, bo nie chcą „wziąć osobistej odpowiedzialności”. Paul Ryan, nawet gdy deklaruje, że troszczy się ubogich, ich biedę przypisuje brakowi „produktywnych nawyków”.

Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że niektórzy konserwatyści potępiają też bogatych: amerykańskie elity finansowe także nie szanują pracy i straciły niegdysiejszą powagę oraz opanowanie. Peggy Noonan pisze o „dekadentach”, którzy robią sobie żarty z tego, jak się wzbogacili kosztem maluczkich.

Lecz czy naprawdę mamy tu do czynienia z ostentacją? A jeśli tak, to odzwierciedla ona moralny upadek, czy zmianę okoliczności?

Właśnie przeczytałem artykuł „Jak żyją prezesi”, opublikowany w „Fortune” w 1955 r. Jest to portret ówczesnej elity biznesowej Ameryki: okazuje się, że jej styl życia był dużo skromniejszy, niż w przypadku dzisiejszych Władców Wszechświata.

„Współczesny dom prezesa jest raczej bezpretensjonalny i stosunkowo nieduży” – czytamy w artykule. Typowy członek zarządu miał dwa samochody i „jednego czy dwóch służących”, w innych kwestiach też się ograniczał. Elity z 1955 r. przynajmniej udawały, że mogą być przykładem odpowiedzialnego zachowania.

Zanim jednak zaczniecie lamentować nad upadkiem obyczajów, powinniście wiedzieć, że „Fortune” opisywał to trzeźwe i skromne zachowanie jako coś nowego. W kontraście do rezydencji i jachtów wcześniejszej generacji bogaczy. Skąd wzięła się ta zmiana w postępowaniu elit? Jak wyjaśnia artykuł, wielki jacht „zatonął w morzu progresywnych stawek podatkowych”.

Lecz od tamtej pory wody ustąpiły.

W tym, co się stało ze starymi, dobrymi czasami powściągliwych elit, nie ma nic tajemniczego. Wystarczy pójść za pieniędzmi. Wróciły ekstremalna nierówność dochodów i niskie opodatkowanie „górnej półki”. W 1955 r. 400 najwięcej zarabiających Amerykanów oddawało federalnemu fiskusowi ponad połowę swych przychodów. Dziś - mniej niż 20%. Nawrót ostentacji zawdzięczamy powrotowi niższych podatków.

Czy nawoływania moralistów mogą skłonić bogaczy, by przestali się tak popisywać swym majątkiem? Nie.

Nie chodzi po prostu o to, że ci, którzy mogą sobie pozwolić na życie na wysokiej stopie, będą tak właśnie żyli. Jak to już dawno temu stwierdził Thorstein Veblen, w społeczeństwach silnie rozwarstwionych pod względem materialnym, bogacze czują się zobowiązani do „demonstracyjnej konsumpcji”. Współczesna nauka to potwierdza. Np. badanie Rezerwy Federalnej pokazało, iż mieszkańcy dzielnic z wyraźnie widocznymi różnicami majątkowymi z większym prawdopodobieństwem będą kupować luksusowe samochody, niż ci, którzy żyją w bardziej jednolitym otoczeniu. Najwyraźniej, duża nierówność wzmaga potrzebę wydawania na oznaki statusu.

Rzecz w tym, iż besztanie bogatych za ich wulgarność wprawdzie nie jest tak obraźliwe, jak prawienie morałów biednym, ale jest równie daremne. Biorąc pod uwagę naturę ludzką, oczekiwanie pokory od uprzywilejowanych elit jest głupotą. Zatem, jeśli uważacie, że nasze społeczeństwo potrzebuje więcej umiarkowania, powinniście popierać polityków, którzy te przywileje zredukują.

 

Na podst. The show-off society, Paul Krugman, The Los Angeles Times

Sieci społecznościowe

Tagi