Tak, możliwe, że bogacze na to zasługują

W 2012 r. Robert Downey Jr zagrał Iron Mana w „The Avengers”, za co otrzymał, bagatela, 50 mln dol. Czy was to nie wkurza? Czy wyjdziecie przez to na ulice w proteście przeciwko niesprawiedliwości? Takie sprawy są sednem debaty na temat nierówności, której tyle uwagi poświęca ostatnio prezydent Obama.

Oczywiście, 50 mln dol. do mnóstwo pieniędzy. Przeciętny Amerykanin musiałby na to pracować 1000 lat. Jednak, gdy rozmawiam z ludźmi, wcale nie są tą sumą tak oburzeni. Dlaczego?

Pewnie jednym z powodów, jest to, że „The Avengers” okazał się światowym hitem i przyniósł swoim producentom ponad 1,5 mld dol. Zarobek Downeya to raptem 3% tej sumy. Innymi słowy, jeśli ktoś kupił bilet na ów film za, powiedzmy, 8 dol., to 25 centów z tego poszło do kieszeni aktora. Jeżeli film ci się spodobał, to pewnie powiesz: „OK facet był świetny, chętnie odpalę mu za to ćwierć dolara”. Podobnie, ludzie nie mają nic przeciwko temu, że LeBron James, uganiając się za piłką do koszykówki, zarobił 56 mln dol. Bo kiedy widzisz na własne oczy, że ktoś dorobił się fortuny w sposób uczciwy – dzięki talentowi, to taka sytuacja nie oburza. Jednak zdecydowana większość naszych bogaczy zdobyła swój majątek w sposób, który dla społeczeństwa jest mniej przejrzysty.

Na przykład prezesi czy dyrektorzy firm. Nie ma wątpliwości, że są opłacani bardzo hojnie, a ich pensje z czasem rosły względem wynagrodzenia przeciętnego pracownika. W 2012 r. mediana płac szefów spółek z indeksu S&P 500 wyniosła prawie 10 mln dol. Czy na to zasłużyli? Niektórzy krytycy twierdzą, że te wysokie płace dowodzą, iż zarządy korporacji źle wykonują swoją pracę. Zamiast reprezentować udziałowców, starają się za bardzo przypodobać prezesom, płacąc im więcej, niż ci są warci.

Jednak argument ten nie pasuje do przedsiębiorstw, gdzie właściciele nie stykają się z problemem „agenturalnego zarządu”. Grupy private equity, które są blisko prezesów, płacą im równie duże pieniądze. Naturalne wyjaśnienie powinno być zatem takie, że wartość dobrego prezesa jest wyjątkowa. Typowy szef korporacji nadzoruje przecież miliardy dolarów udziałowców firmy, zarządza tysiącami pracowników. Wartość podejmowanych przez niego, właściwych decyzji jest więc olbrzymia. Weźmy takiego Steve’a Jobsa i jego rolę we wzroście Apple, i w pojawieniu się jej przełomowych produktów.

W sektorze finansowym zarobki też są często ogromne. Ale sektor ten odgrywa kluczową rolę w gospodarce. Ci, którzy pracują w bankowości, w firmach venture capital itp., zarządzają alokacją środków inwestycyjnych. To oni decydują, w sposób zdecentralizowany i w warunkach konkurencyjnej gospodarki, które firmy i branże będą się kurczyć, a które rosnąć. W dodatku, przychody w finansach są obciążone dużym ryzykiem. A za większe ryzyko powinna być wyższa premia.

W 2013 r. jedna dziesiąta 1% najbogatszych Amerykanów (zarobki powyżej 2,7 mln dol.) zapłaciła 33,8% podatku federalnego od przychodu. Klasa średnia, czyli środkowa jedna piąta społeczeństwa - tylko 12,1%. Te ciężkie miliony dol. z podatków najbogatszych poszły na szkoły, policję, obronę narodową itp.

Inaczej niż superbohaterowie z „The Avengers”, najbogatszy 1% to nie altruiści i nie zmagają się darmo z wyzwaniami, w imię dobra ogółu. Niemniej, w większości przypadków, to dobro wynika właśnie z ich działania.

 

Na podst. Yes, the Wealthy Can Be Deserving, N. Gregory Mankiw, The New York Times 

Sieci społecznościowe

Tagi