To nie jest kapitalizm, tylko wzrościzm. Nic dobrego

Czy kapitalizm poniósł porażkę, albo, jak wolicie, właśnie ją ponosi? Nie mam na myśli tego, że kapitalizm jest bezużyteczny i paskudny. Chodzi mi o to, że zawodzi, jako najlepszy z możliwych systemów politycznych, organizujących pracę, rozrywkę i całe nasze życie.

Wyobraźmy sobie kraj o nazwie Kapitalistan. Jego godłem jest wielka, „niewidzialna ręka”. Ceny są bożkami, rynki świątyniami, a produkty to litanie. Ludzie wiedzą, że za wszystkim stoi owa niewidzialna ręka: za nieśmiertelną ideą konkurencji i odpowiedzialności za swój los, za bogactwem. Miarą wartości człowieka jest jego zamożność. Czas mierzony jest tym, ile można w nim zarobić. Miliony ludzi, godzina po godzinie, trudzą się nad czymś, co nazywa się „innowacjami”. Dobre uczynki to te, które służą wszechpotężnemu rynkowi.

Jednak coś jest nie tak w Kapitalistanie. Społeczeństwo tonie. Klasa średnia załamuje się. Była już jedna stracona dekada, teraz zaczyna się kolejna. Młodzi to stracone pokolenie, rozpaczliwie szukające swojej szansy. Mediana dochodów tkwi w stagnacji od dziesięcioleci. Gospodarka, co prawda, wyrwała się z wielkiej recesji i rozpoczęło się odbicie. Ale podczas tego ożywienia, 1% najbogatszych zgarnął 95% jego owoców. Miliony znalazły się w obliczu chronicznego bezrobocia i ubóstwa. Mobilność społeczna stała się niska i nadal słabnie. Średnia spodziewana długość życia też jest coraz niższa.

Słowem, życie w Kapitalistanie stało się krótsze, bardziej obmierzłe, nieszczęśliwe i trudne. Tymczasem inne kraje, zwłaszcza te, które nie czczą tak zapamiętale niewidzialnej ręki, prosperują całkiem nieźle. Czy Kapitalistan nie przypomina wam czasem USA? A może to, co jest praktykowane w USA, nie jest już kapitalizmem? Może jest to toksyczna mieszanka kapitalizmu dla ubogich, którzy zostali bezlitośnie sprowadzeni do roli niewolników, i socjalizmu dla bogatych, uprawnionych do nieograniczonych dofinansowań, dotacji i przywilejów. To śmiertelny koktajl kumoterstwa tych u władzy i niekończącej się walki podwładnych o przetrwanie.

Jak więc nazwać ten upadający system, skoro to już nie jest kapitalizm? Nazwałbym go wzrościzmem. To nie tylko system czy zbiór instytucji. To sposób myślenia, zestaw wyznawanych przekonań. Twardy dogmat, który ewidentnie zawodzi, ale nie może być odrzucony, ponieważ stał się przedmiotem wiary, centralnym obiektem kultu, którego kapłani i akolici grożą tajemniczym i strasznym gniewem bożym, jeśli ich władza będzie kwestionowana.

Wzrościzm głosi, że wzrost musi być osiągany za wszelką cenę. Tylko gdy uda się go uzyskać, społeczeństwo odnosi sukces. Wzrościzm gotów jest poświęcić nawet prawa, które oświecone społeczeństwa uznały kiedyś za niezbywalne. Jest on przeciwieństwem demokracji. Podstawowe prawa człowieka to małostkowe przyczyny nieefektywności, które muszą być usunięte. Są tylko źródłem tarć społecznych, które czynią z ludzi mniej produktywnych pracowników i zachęcają ich do rzeczy tak dziwnych, jak zadawanie pytań, podważanie autorytetów i przeciwstawianie się. Nie potrzebujemy już obywateli, chcemy pracowników.

Wzrościzm to rodzaj kultu. Jak wszystkie kulty, zaprzecza rzeczywistości, każe nam się poświęcać, zrywać ze wszystkim, co kochamy i uprawiać magiczne myślenie. Kapłani uspokajają nas za pomocą zaklęć, które nie działają od dziesięcioleci. Akolici odmawiają modlitwy, które wcale nie przynoszą deszczu. I wciąż mówią nam: nie traćcie wiary. Pewnego dnia będziecie zbawieni.

Ale wzrościzm to wielki przekręt i zbrodnia. Płacimy zań wszyscy. Zamiast żyć, jak należy, mamy tylko ograniczenia i utrudnienia w rozwijaniu skomplikowanej koncepcji dobrobytu i sposobów na jego osiągnięcie. Gdy prawdziwy dobrobyt jest nieosiągalny, podtyka się nam jego ersatz, w postaci różnych gadżetów i technicznych nowinek, które mają zastąpić zdrowie, przyjaźń, życiowe cele, mądrość, szczęście i wszystko, co kiedyś miało znaczenie.

Więc może czas, byśmy ten kult odrzucili. Tanie, plastikowe śmieci, które nas otaczają, nie są warte ceny, jaką za nie płacimy w gotówce lub - co bardziej prawdopodobne - na kredyt. Może pora, aby każdy wziął głęboki oddech, porzucił wzrościzm i obrał nowy, własny kurs.

 

Na podst. This Isn’t Capitalism — It’s Growthism, and It’s Bad for Us, Umair Haque, Harvard Business Review

Sieci społecznościowe

Tagi